- Sama?
– Do Kolumbii?
– A nie boisz się?
Bo jednak powiedziałam. Skoro się wszyscy pytali…

A potem jeszcze czasami ktoś pytał: a po co? I to było najtrudniejsze pytanie, bo odpowiedź ‘bo bilet był najtańszy’ chociaż prawdziwa jednak trochę głupio brzmi, a wybór pierwszego kraju do odwiedzenia w Ameryce Południowej tylko na podstawie ceny biletu jest trochę niedorzeczny. Chociaż…w zasadzie nie tylko – miał to być po prostu kraj hiszpańskojęzyczny. I tyle.

Tak więc wsiadłam do samolotu z rozdziałem skserowanym z przewodnika (całego nie chciało mi się brać) i zaczęłam czytać co w tej Kolumbii w ogóle jest. Dużo kartek do czytania nie było, ale powoli do mnie docierało, że kraj który kojarzy mi się głownie z narkotykami, kawą i ponoć najładniejszym miastem w Ameryce Południowej ma o wiele więcej do zaoferowania.

.

Bogota po raz pierwszy.

– Po angielsku czy po hiszpańsku? – zapytała Sonia zaraz po przywitaniu.
– Po angielsku – odpowiedziałam odruchowo i tak Sonia stała się jedyną Kolumbijką z którą miałam rozmawiać NIE po hiszpańsku. W sumie to i dobrze, bo jej angielski był jednak lepszy niż mój hiszpański, a gadać gadałyśmy dużo.

Kolumbia jest krajem, w którym oczywiście da się przeżyć bez znajomości hiszpańskiego i można sobie poradzić, ale wyjątkowo tutaj naprawdę przydaje się znajomość języka, bo Kolumbijczycy są bardzo rozmowni i towarzyscy. Dlatego właśnie tak dobrze się podróżowało po Kolumbii samodzielnie – zawsze ktoś zagadał, zapytał o coś – ot tak po prostu.

IMG_1286

Ponieważ opinie o Bogocie były jakie były, a biednemu turyście mogło wydawać się, że bardzo ale bardzo tu niebezpiecznie, postanowiłam zacząć od zorganizowanej wycieczki rowerowej po stolicy. Pomysł w sumie był niezły, a zwiedzanie na rowerze bardzo ciekawe – bo dawno nic w taki sposób nie zwiedzałam. Tylko… kiedy po kilku godzinach zwiedzania prawie spadłam z tego roweru, bo siły mnie nagle opuściły, ktoś powiedział, że takie zmęczenie to kwestia wysiłku fizycznego na wysokości (Bogota leży na wysokości ok. 2600m n.p.m.) i wtedy poczułam się naprawdę, ale to naprawdę zmęczona.

IMG_1282

Cartagena.

Cartagena jest, jak wszyscy wokół powtarzają, jednym z najładniejszych miast w Ameryce Południowej i dlatego właśnie tu przyjechałam. To był drugi punkt mojego planu.

IMG_1385

Zatrzymałam się u Telmy, kolejnej uczestniczki Couchsurfingu. Pierwsze wrażenie: hmm… jakoś się nie mogłam odnaleźć na początku…

A może to było tylko zmęczenie długą drogą, bo kiedy po zaplanowanych tam dwóch dniach zaczęłam się zastanawiać jak się zapytać czy mogę jeszcze jeden dzień zostać, Telmy powiedziała: ‘Gdybyś tak jeszcze ze dwa dni została to pojechałybyśmy na Białą Plażę’, a ja chętnie na to przystałam – tak dobrze mi tam było.

IMG_1450

Telmy miała różne dorywcze prace (i niemieckiego internetowego chłopaka, którego nigdy nie widziała na żywo) więc spędzała ze mną sporo czasu, ale moje zwiedzanie polegało na przemieszczaniu się od jednego straganu z sokami do drugiego – tak było gorąco.

IMG_1513

– O matko, słuchaj, ja tego faceta kompletnie nie rozumiem – poskarżyłam się kiedy drugiego dnia trafiłyśmy na ten sam ryneczek do tego samego faceta sprzedającego rewelacyjne soki.

Bo ogólnie to szło mi nieźle z hiszpańskim, ale czasami trafiali się tacy ludzie, że w żaden sposób nie mogłam ich zrozumieć. Najłatwiej było z kobietami i starszymi ludźmi, najgorzej z nastolatkami. Tak więc kiedy chciałam porozmawiać z synami Telmy musiałam się czasami naprawdę mocno skoncentrować.

– Jak to nie rozumiesz co do ciebie mówię? – zdziwił się J. kiedy siedzieliśmy na Playa Blanca popijając piwo. – No przecież mówisz po hiszpańsku. Jak możesz mnie nie rozumieć?

IMG_1466

Bo do niektórych właśnie nie docierało to, że mogę czegoś nie rozumieć. Tak jakby ludzie dzielili się na miejscowych, cudzoziemców z krajów hiszpańskojęzycznych, Amerykanów (i innych turystów), którzy mówią kiepsko więc ciężko się z nimi dogadać i tych turystów, którzy mówią dobrze, więc chyba powinni wszystko rozumieć.

Prośba o powtórzenie niestety nie powodowała, że ktoś mówił wolniej, wyraźniej czy innymi słowami. Po prostu powtarzał to jeszcze raz tak samo niewyraźnie w tempie karabinu maszynowego.

Zamiast więc tłumaczyć dlaczego nie rozumiem postanowiłam spędzić więcej czasu w lazurowej wodzie Morza Karaibskiego. To był w ogóle fantastyczny dzień – taki typowy wakacyjny, słońce, plaża, upał, morze, obiad na plaży… żyć nie umierać.

Wyjazd na Playa Blanca (Białą Plażę) zaproponowała Telmy twierdząc, że taniej będzie jak pojedziemy tam od drugiej strony – nie z centrum. No więc pojechałyśmy. Najpierw jednym autobusem, potem drugim. Potem spacer przez okolice, w których stwierdziłam, że może lepiej nie wyciągać aparatu, aż w końcu dotarliśmy do brzegu rzeki, którą trzeba było przepłynąć promem.

Stałyśmy więc razem z innymi czekając cierpliwie. Facet z motorem, który stał obok przyjrzał mi się i po chwili zapytał: – Podwieźć cię? Pytanie to mnie nieco zaskoczyło, no bo niby gdzie ja miałabym jechać, przecież wszyscy czekaliśmy na prom…

Prom przypłynął i okazało się, że to nie koniec. Do plaży był jeszcze kawałek, który trzeba było przejechać moto-taxi. Mototaksówkarze rzucili jakieś ceny, wzięte z sufitu, a facet z motorem z promu stanął z boku i przyglądał się wszystkiemu z rozbawieniem pijąc fantę, aż w końcu powiedział: – Cena za przejazd to 7tys. (3x mniej niż słyszałyśmy przed chwilą). Weźcie jedną moto-taxi a drugą z was zabiorę swoim motorem.

Po półgodzinnej jeździe po kolumbijskich bezdrożach dotarłyśmy. J. okazał się być policjantem, którego miejsce pracy było dokładnie na samym środku plaży. Wzięłyśmy więc namiot koło plażowego komisariatu a J. załatwił nam jeszcze po znajomości tańszy obiad i tańsze piwo.

Wróciłyśmy już normalnie: łódką do centrum (też dostaliśmy niższą cenę – po znajomości)

IMG_1470

Na miejskiej plaży w niedzielę, wśród dzikich tłumów ludzi, poznałam z kolei miejscowego nauczyciela angielskiego. Nie wiem jak mówił po angielsku, z jakim akcentem, bo nie powiedział w języku Szekspira ani słowa. Znajomi przynieśli rybę na obiad i od razu zapytali się czy mówię po hiszpańsku. – Tak? O, to super. I tak spędziliśmy razem kilka godzin, a ja w międzyczasie zdążyłam się lekko opalić, na co wszyscy zareagowali z przerażeniem: – O matko, ale ty jesteś czerwona! – i nie dali się przekonać, że to wcale nie jest jeszcze czerwony kolor.

Telefony, telefony…

Przez pierwsze kilka dni usiłowałam zrozumieć o co chodzi z tymi telefonami na ulicy. Nawet Telmy chcąc gdzieś zadzwonić wyciągała swój telefon, sprawdzała numer po czym korzystała z jednego z wielu telefonów na ulicy: zazwyczaj siedział gdzieś jakiś człowiek z kartką ‘minutos’ i zestawem telefonów – wystarczyło podejść aby doładować telefon czy zadzwonić gdzieś. Okazało się, że jeśli się kupuje plan na baaardzo dużo minut rozmowy są tańsze i nie bardzo opłaca się korzystać z własnego telefonu.

Sama później wielokrotnie korzystałam z tej ‘ulicznej’ metody, mimo, że również miałam już lokalną kartę i swoje własne minutos.

Zmiana planów więc… jadę do Medellin.

Punktem trzecim programu miało być Ciudad Perdida (Zaginione Miasto) i 5 dniowy trekking przez dżunglę do tego miasta. To była jedna z tych trzech rzeczy, którą zaplanowałam w Kolumbii (reszta miała być improwizacją).

I pewnie bym poszła gdybym na początku podróży nie poznała Sonii. I gdybym nie stwierdziła, że dwuosobowa wycieczka do dżungli Amazońskiej na pewno jest ciekawsza niż wędrowanie w grupie 15 osobowej.

Tak więc Ciudad Perdida wykreśliłam z mojej listy bez żalu i po drodze do Bogoty postanowiłam się jeszcze zatrzymać w Medellin.

Medellin jest dużym 2mln miastem. Miast w sumie nie lubię, ale tak jakoś wyszło. Był to 10 dzień mojej podróży i po raz pierwszy miałam spać w hostelu. Z lenistwa pojechałam taksówką – w Medellin też było gorąco i sama myśl o przejściu paru metrów z plecakiem powodowała, że od razu mi się nic nie chciało.

Popołudniowe wyjście do centrum było bez aparatu – czasami coś takiego jest bardzo relaksujące – można po prostu wszystko poobserwować bez zastanawiania się jak to uwiecznić na zdjęciu.

W centrum jak zwykle tłumy – turyści, sprzedawcy, czasami trudno się przecisnąć chodnikiem. Nie mogę się nadziwić ilości fast foodu – jest wszędzie, ociekający tłuszczem, aż nie mam ochoty nic jeść.

IMG_1560

Santa Fe de Antoquia

Dwie godziny od Medellin, małe miasteczko kolonialne. W sam raz na jednodniową wyprawę – wszystko na zdjęciach:)

IMG_1633

IMG_1618

Couchsurfing raz jeszcze.

Dotychczas tak dobrze szło, że postanawiam spróbować jeszcze raz. Trafiam na profil Kasi – Polki, która mieszka w Medellin. Zdjęcia brak, opis bardzo krótki, ale mimo wszystko postanawiam napisać licząc się z tym, że być może nie dostanę nawet odpowiedzi. Ku mojemu zdziwieniu odpowiedź nadchodzi bardzo szybko a w niej numer telefonu – dzwonię więc i umawiamy się na spotkanie. Spędzamy razem cały dzień, Kasia okazuje się być świetną przewodniczką, a ja czuję się świetnie bez ciągłego zaglądania do przewodnika i szukania miejsc na mapie. No i cały czas gadamy po polsku, a ludzie słuchają zastanawiając się co to za język – niektórzy nawet pytają:)

IMG_1742

Powrót do Bogoty, do znajomej już dzielnicy, do znajomego mieszkania Sonii. Trzeba się spakować bo jutro lecimy do Amazonii…

Amazonia.
Ta część wakacji została opisana w oddzielnej podroży.

I co dalej?

Amazońska część podróży minęła bardzo szybko, nawet nie tęskniłam za czytaniem na kindlu, który został w Bogocie – zastanawiałam się czy nie zabrać czytnika ze sobą, zawsze miło poczytać w wolnym czasie. Ale tego wolnego czasu w zasadzie nie było, a kiedy był, leżałyśmy już zazwyczaj w hamakach. Po ciemku, żeby komary trzymały się z daleka.

Postanowiłam pojechać więc do Ekwadoru. Miałam już trochę dosyć podróży autobusowych, które były długie i męczące więc postanowiłam się pod drodze gdzieś zatrzymać.

San Agustin.
Małe miasteczko z odkryciami archeologicznymi wydawały się idealnym miejscem na jednodniowy postój.

– Szukasz jakiegoś noclegu? – zapytała mnie jakaś kobieta kiedy tylko wysiadłam z autobusu. Nie bardzo wyspałam się podczas nocnej podróży więc tylko zapytałam się czy daleko, za ile i poszłam. Przy okazji Ana, bo tak miała na imię kobieta, postanowiła przekonać mnie do zakupu wycieczki jeepem. Zgodziłam się dosyć szybko, ponieważ inną opcją była wycieczka konna, na co absolutnie nie miałam ochoty, bo wciąż pamiętałam naszą wycieczkę z Hondurasu, gdzie gdyby nie to, że błota było po kostki pewnie byśmy z Asią wracały te kilka kilometrów pieszo.

IMG_2646

– Większość turystów tutaj to Kolumbijczycy, prawda? – zapytałam Any, kiedy prowadziła mnie do mojego hotelu.
– Nie, wcale nie, mamy tu dużo zagranicznych turystów – zaprzeczyła Ana.
– Aha…. a ta piątka ludzi z którymi jadę to z jakich krajów?
– Z Kolumbii.
– Wszyscy?
– Tak.

Moi nowi znajomi okazali się bardzo sympatyczni i, jak to Kolumbijczycy, niesamowicie gadatliwi. Tak więc jazdy po wertepach i zwiedzanie kolumbijskich posągów upłynęły szybko i przyjemnie mimo, że przewodnik i kierowca (dwa w jednym) okazał się nietypowo mało kontaktowy. Kiedy wycieczka skończyła się, gdzieś tak o 4 po południu weszliśmy jeszcze na chwilę wszyscy na kawę do kawiarni-centrum kulturalnego zaraz na naszej ulicy. Najpierw kawa, potem canelazo (alkoholowy napój z aguardiente, cynamonem i aqua de panela), potem jeszcze coś i tak mijała godzina za godziną.

Przy okazji okazało się Natasza i jej mąż świetnie mówią po angielsku, bo mieszkali kilka lat w Londynie. Hmmm….. w sumie nie wiem jak świetnie, bo to wszystko opowiedzieli mi oczywiście po hiszpańsku…

W kolejnej godzinie dołączył do nas Gustavo, przewodnik, z którym moi znajomi dzień wcześniej byli na wycieczce konnej. Nie wiem jak oni wszyscy to zrobili, ale udało im się przekonać mnie, żebym została w San Augustin jeszcze jeden dzień i…pojechała się na wycieczkę konną.

IMG_2587

W końcu wszyscy poczuli zmęczenie i wyszliśmy. Po to tylko, żeby pogadać jeszcze godzinę przed knajpą. A właściciel, słysząc, że jestem z Polski, powiedział: – Pamiętam tu taką starszą kobietę, Polkę. 80 lat miała i podróżowała z plecakiem przez Amerykę Południową.

Jak widać, na podróże nigdy nie jest za późno..

Szakira

Już po obudzeniu się zaczęłam żałować pomysłu, ale co było robić. Na szczęście Gustavo okazał się cierpliwy i na początku jechałam w takim tempie, że chyba pieszo byłoby szybciej. Cierpliwość nie była zresztą jedyną pozytywną cechą mojego przewodnika – lubił też gadać i opowiadać o historii, miasteczku, Kolumbii co sprawiało, że chwilami nawet zapominałam, że jestem taaaak wysoko na koniu. Co prawda jakieś stare posągi mało mnie ostatnio interesują, ale jeśli historie są ciekawe to chętnie zawsze posłucham. A te były.

Dzień wcześniej zastanawiałam się co to jest ta ‘szakira’ którą miałam zobaczyć. Okazało się, że to ‘La Chaquira’  Faktycznie warto było wsiąść na tego konia. Udało mi się nie spaść, wsiąść i zsiąść ileś tam razy – nie było tak źle.

Na koniec dojeżdżamy do parku archeologicznego, gdzie już na dobre zsiadam z konia i w ramach relaksu piję kawę z dwiema Irlandkami i Australijką, które nonstop wyprzedzałam gdzieś w trasie – albo one wyprzedzały mnie.

– Większość turystów przyjeżdża tu po narkotyki – mówi Gustavo wieczorem, kiedy siedzimy w knajpie przy piwie.
– No co ty, przesadzasz – mówię mu, chociaż pewnie powinnam uwierzyć skoro mówi, że on też kiedyś pomagał turystom w dostępie. A potem, wieczorem, kiedy na uliczkach powoli robi się pusto, wracam i otuleni oparami marihuany hotelowi współspacze pytają się czy się przyłącze.

– Nie dziękuje – mówię, ale siadając przy stole proponuję mango, które moi nowi amerykańscy znajomi konsumują po wciągnięciu kokainy.

Rano czekam na swój autobus oglądając paradę z okazji dnia niepodległości. Do czekania też się trzeba przyzwyczaić, ale tym razem są atrakcje więc siadam na krawężniku i robię zdjęcia.

IMG_2652

W autobusie nie ma dla mnie miejsca. Powinno być, bo sprzedają tyle biletów ile miejsc. No ale nie ma. Zajmuję więc dodatkowe miejsce obok kierowcy i wygląda na to, że to najlepsze miejsce jakie mogłoby się trafić, bo widoki przede mną rewelacyjne. Droga straszna, więc nie tak łatwo robić zdjęcia, ale próbuję.

IMG_2685

– Zatrzymać się na chwilę? – pyta mnie kierowca, kiedy po raz 10 z rzędu robię ‘pstryk’ usiłując na tych wybojach złapać równowagę.
– Nie trzeba, udało mi się –odpowiadam, bo właśnie zdjęcie nr 11 wyszło prosto – ale dzięki.

Popayan

Białe miasto oglądane w kolumbijski Dzień Niepodległości wydało mi się jakoś takie nijakie. Nawet występy na głównym rynku nie rozwiały tego przekonania. Z radością więc wstałam wczesnym rankiem aby jechać dalej.

IMG_2705

Dworce są fajne, a orientacja też prosta: wystarczy stanąć na chwilę z miną zagubionego turysty a już jakiś naganiacz podbiega i pyta się dokąd. Potem kolejny prowadzi dalej, a jeszcze jeden pokazuje przy której kasie stanąć. Najczęściej w sumie nawet nie trzeba się zatrzymywać, po prostu wystarczy iść, a kolejne osoby będą pokazywały kierunek.Znalazłam bus a nie kupiłam biletu w kasie, kierowca bierze więc ode mnie pieniądze i idzie po bilet. A ja czekam. Nagle wchodzi policjant:
– Dowód poproszę?
– A dlaczego?
– Bo jestem policjantem? – odpowiedział pytaniem zdziwiony moim pytaniem policjant,-  ooo – to ty nie jesteś z Kolumbii?

I tak sobie rozmawiam trochę, aż bus się zapełnia, kierowca wraca z moim biletem i ruszamy krętymi drogami do granicy.

Ekwador (opisany w innej podróży)

Dwa tygodnie później wracam więc do Kolumbii i bardzo mnie ten powrót cieszy. Bo w Kolumbii mniej się wyróżniam z tłumu. Kolumbijczycy są bardziej różnorodni i z moimi ciemnymi włosami i niskim wzrostem często jestem brana za Kolumbijkę. Przynajmniej dopóki się nie odezwę. Albo dopóki ktoś nie zobaczy plecaka. Na ulicy pytają mnie o drogę, w kasach proszą o dowód a nie o paszport. Fajnie tak.

W przygranicznych miasteczkach zazwyczaj nie ma nic ciekawego, ale zostaję tu na noc, żeby zobaczyć pobliski klasztor, a poza tym wszędzie piszą, że trasa, która jest przede mną bywa w nocy niebezpieczna. Zatrzymuję się więc w hotelu obok chińskiej knajpy i kiedy wpisuję się do księgi gości widzę, że 95% gości to kierowcy. Po krótkim wieczornym spacerze zaszywam się w całkiem przyjemnym pokoju i oglądam parę odcinków różnych seriali na AXN – uwielbiam oglądać tutaj AXN – wszystkie seriale, które znam i lubię są z hiszpańskimi napisami – sporo można się nauczyć.

Dzień muszę niestety zacząć od szukania sklepu z telefonami – w celu zakupu albo baterii albo telefonu – coś padło ale nie wiem co. Nawet bez problemu udaje mi się wytłumaczyć w sklepie o co chodzi a przystanek na taxi colectivo, która mam nie zabrać do klasztoru jest tylko parę metrów dalej. Brakuje im właśnie czwartej osoby więc kiedy tylko wsiadam od razu ruszamy.

Sanktuarium Las Lajas

Jeśli ktoś się zatrzymuję na chwilę dłużej w Ipiales to właśnie po to, żeby zobaczyć Las Lajas – Sanktuarium które znajduje się 7km za miastem.

IMG_3715

Katerdra została zbudowana w 1916 roku i to co zachwyca i przyciąga to niesamowite położenie i faktycznie widok gotyckiej katedry zbudowanej w głębokim wąwozie robi niesamowite wrażenie. Według legend przechodziła tędy indiańska kobieta z głuchoniemą córką Rosą, kiedy zmęczona usiadła na skale Rosa nagle zaczęła mówić  o czymś co ukazało się w jaskini a potem na ścianach odkryto obraz Maryi z dzieckiem.

Popayan na bis.

Tak, wiem, nie podobało mi się tutaj, ale co robić: nie mam najmniejszej ochoty spędzać 20 godzin w autobusie a to miasto znajduje się idealnie w połowie drogi.

IMG_3746

Rezerwuję w necie hostel i wysiadam na znanym już dworcu. Pamiętam też, że wbrew temu co pisali na stronie poprzedniego hostelu, to wcale nie jest ‘short walk’ (krótki spacer) jeśli ma się na plecach wcale nie lekki już plecak. Początek wcale nie jest dobry: nie mogę znaleźć hostelu, który ma być w samym centrum. W opisie mam jak byk: obok katedry. Ale tam NIC nie ma. Przyglądam się i przyglądam aż w końcu dostrzegam drzwi praktycznie przytulone do budynku katedry. Humor bardzo mi się poprawia kiedy za radą  właścicieli nowego hostelu trafiam do restauracji w której serwują rewelacyjne steki. Bo jedzenie to jedna rzecz, która w Kolumbii mi nie odpowiada – owszem zdarzają mi dobre obiady, ale większość jest po prostu poślednia.

Popayan w środku tygodnia wydaje się być zupełnie innym miastem – zaczynam więc włóczyć się totalnie bez celu (robiąc przy okazji jakieś zakupy) i coraz bardziej mi się tu podoba – niektóre miasta po prostu nie powinny być zwiedzane w dni świąteczne bo cały ich urok polega na codziennym gwarze, kolorach, ruchu. I tak właśnie jest i tutaj.

IMG_3775

Cali.

Słynącego z salsy i zabawy Cali na żadnym etapie podróży nie było w moich planach – jak wspominałam dużym miast nie lubię a i przewodnik nie zachęcał jeśli chodzi o atrakcje. Wpadło mi jednak do głowy, że mogłabym odwiedzić znajomych, których poznałam wcześniej w San Agustin. Kilka dni wcześnie zadzwoniłam z pytaniem:

– A jeśli będę przejeżdżać przez Cali, to mogę wpaść?

Tak więc kiedy godzinę spóźniona (jakie to miasto wielkie i zakorkowane) wjeżdżałam na dworzec Lucia czekała tam na mnie ze swoim mężem. W czasie podróży rzadko się ponownie spotyka z ludźmi więc kiedy zobaczyłam znajomą twarz poczułam się wręcz jakbym gdzieś wracała. A przecież było to dla mnie całkowicie nowe miejsce.

DSC03522

Było już późno i ciemno ale pojechaliśmy obejrzeć Cali nocą. – Lepiej by było gdybyś zostawiła swój aparat w domu. – powiedziała Lucia zanim wyszliśmy i tak zrobiłam stąd zdjęć nocnych prawie nie mam. Nocą i tak prawie nie robię zdjęć, ale w sumie szkoda. Chyba przy zakupie kolejnego telefonu muszę zwrócić uwagę na to jaki ma aparat bo czasami coś małego i niepozornego by się przydało. Zwiedzamy więc wzgórza z punktami widokowymi na których jest mnóstwo ludzi, ale turystów praktycznie brak – widać, nie włóczą się po nocach. Najbardziej podoba mi się jednak park z rzeźbami kotów..

DSC03517

Następnego dnia kiedy chodzimy we dwie z Lucią po Cali mam skojarzenia z Poznaniem, w którym mieszkam i który lubię. Przyjemne miasto do mieszkania, do połażenia, ale jakbym miała wybierać miasto do zwiedzania wybrałabym coś innego. Jednak zwiedzanie miasta z kimś kto w nim mieszka ma niezaprzeczalne zalety i pewien urok i dokładnie tak jest tym razem.

Poznaję więc miasto, rodzinę, znajomych i nieustannie ćwiczę hiszpański, bo ciągle ktoś o czymś opowiada albo o coś pyta.

Bogota po raz czwarty.

Tak, tak… przyjeżdżam do Bogoty po raz czwarty;)

Powoli zbliżam się do końca podróży. W ostatniej chwili orientuję się, że Museo de Oro (Muzeum Złota), które chcę zobaczyć jest w poniedziałki zamknięte więc muszę jechać dzień wcześniej – Sonia mówi, że nie ma problemu, mam przyjeżdżać więc opuszczam jednych znajomych i jadę na spotkanie z innymi.

Nie mogę w to uwierzyć – tyle dni bez problemów i nagle, na sam koniec udaje mi się kompletnie ale to kompletnie zgubić – a wszystko to dlatego, że pomyliłam autobusy. Jak już się zorientowałam to stwierdziłam, że… zobaczymy gdzie dojadę.
Ale nie mam pojęcia gdzie dojechałam – na ostatnim przystanku wszyscy wysiadają, a ja nagle się znajduję w zupełnie innym świecie – trochę jak te slumsy, które oglądaliśmy w Medellin z góry jadąc kolejką. Wszystkie przejeżdżające taksówki są zajęte. Ulic nie ma już na moim planie – niby powinnam się zorientować po numerach, ale po numerach jedynie orientuje się, że jestem daleko za daleko. Żaden kolejny pytany kierowca autobusu nie jest w stanie mi wytłumaczyć czym mam jechać tam gdzie chcę dojechać, tzn. albo mówią, że jego autobusem nie dojadę, albo rzucają tyle nazw, że kompletnie nie wiem o co im chodzi. „Jak dobrze, że nie jestem wysoką blondynką” – myślę sobie ciesząc się, że wtapiam się w tłum i w końcu wsiadam do autobusu, na którego tabliczce jest nazwa, która ‘coś’ mi mówi.

W centrum wielka parada, ale jakoś przeciskam sie przez tłumy i docieram do Muzeum Złota, które…mnie nudzi. Nie jestem typem muzealnym i muzea lubię tylko z dobrym przewodnikiem, który opowie historie i wybierze to co najciekawsze i najważniejsze. A tu dzień darmowego zwiedzania i tłumy są wszędzie. Zastanawiam się gdzie jest ten ciemny pokój o którym mówiła Sonia, kiedy nagle przechodząc jakimś korytarzem słyszę, że strażnik komuś mówi, że ‘za pięć minut’ – też się więc dopytuję i czekam bo to jest właśnie ten ciemna sala, w której są wyłączane wszystkie światła i a potem drobne złote figurki, kawałki i eksponaty są podświetlane. Rewelacja – i pomyśleć, że prawie to przegapiłam.

IMG_3845

Zaglądam jeszcze do Muzeum Botero, a potem robię dużo zdjęć małych uliczek w La Candaleria – historycznym centrum Bogoty. Sporo widziałam już pierwszego dnia, wiec teraz tylko relaksujący spacer i rozglądanie się.

IMG_3884

Villa de Leyva.

Przyjeżdżając wcześniej zaoszczędziłam jeden dzień więc robię sobie jeszcze jedną wycieczkę. Do dworca najlepiej dojść pieszo więc idę – to tylko pół godziny. Sonia mieszka w bardzo fajnej dzielnicy – coś jak nasze nowo budowane osiedla, albo jeszcze lepsze, bo o wiele więcej zieleni, ścieżki do joggingu i jest to cała wielka dzielnica a nie tylko osiedle. Idę, przyglądam się ludziom i mam wrażenie jakbym się nagle znalazła w jakimś europejskim mieście – zupełnie to nie przypomina kraju, o którym wszyscy mówili ‘lepiej tam nie jedź’.

Villa de Leyva okazuje się najbardziej klimatycznym małym miasteczkiem jakie zwiedziłam w Kolumbii. OGROMNY, przeogromny plac główny (120x120m), a przy nim kościół i małe sklepiki, knajpki i hotele w bocznych uliczkach. Jest środek dnia i wszystko wydaje się lekko senne i takie relaksujące. Miasteczko nie ma żadnej asfaltowej uliczki i mam wrażenie, że przeniosłam się ileś lat wstecz. Sceneria sprawia, że miasto jest ośrodkiem przemysłu filmowego – kolonialna sceneria sprawdziła się nawet przy jednej z wersji Zorro.

IMG_3920

A wieczorem ludzie ćwiczą puszczanie latawców bo za tydzień będzie tu miał miejsce wielki festiwal latawców. W takim miejscu fajnie jest powłóczyć się późnym wieczorem.

IMG_3932

I to już koniec.

Wczesnym popołudniem docieram znowu do Bogoty. Strażnik w bloku już mnie rozpoznaje i od razu pyta:
– aaa…mieszkanie 1003? – i jest zdziwiony kiedy słyszy: – Nie, dziś 601.

Bo Sonia jest w pracy i idę do mieszkania jej rodziców, którzy mieszkają kilka pięter niżej. A potem pakuję się i jedziemy na lotnisko.

I to by było na tyle. Koniec wakacji – dawno mi nie było tak szkoda, że wakacje się kończą.

Podsumowanie.

Jeśli miałabym zrobić coś takiego jak lista ulubionych krajów to Kolumbia zdecydowanie znajdzie się teraz w pierwszej trójce i z pewnością były to jedne z najbardziej udanych wakacji.

Po pierwsze: ludzie – wyjątkowo sympatyczni.

Po drugie: różnorodność. Oni mają tyle rzeczy: Andy, Amazonię, Morze Karaibskie, wulkany, miasta, zabytki etc. – każdy znajdzie coś dla siebie.

Po trzecie: stosunkowo mało turystów więc nie podróżuje się z tłumami. A jednocześnie połączenia komunikacyjne są takie, że wszędzie można bez problemu dotrzeć.

 

Gdybym wiedziała wcześniej to co wiem teraz spędziłabym całe moje wakacje w Kolumbii i wcale nie jechałabym do Ekwadoru. A tak czuję niedosyt – tylu miejsc nie udało mi się zobaczyć. Oczywiście nigdy nie da się zobaczyć wszystkiego, ale tym razem wyjątkowo żal. Chętnie bym tam jeszcze kiedyś wróciłam.

 Bezpieczeństwo.

Całe szczęście, że bilet lotniczy kupiłam zanim zaczęłam czytać informacje na forach internetowych, bo z nich wynikało, że to cud jak ci się nic nie stanie, a wszystkie równoważone opinie, że ‘coś się stać może wszędzie” i po prostu trzeba uważać znikały wśród strasznych historii. Późnym wieczorem czasami wracałam taksówką, ale dokładnie to samo robię w Poznaniu więc w sumie nie jest to jakiś specjalny środek bezpieczeństwa. W autobusach uważałam bardziej niż zazwyczaj – i wszystko co miałam mam.

W zasadzie w żadnej chwili nie czułam się niebezpiecznie ale wiem, że niebezpieczeństwo istnieje, bo kiedy wchodziłam do autobusu pomocnik kierowcy zawsze mówił ‘uważajcie na bagaż podręczny’ i często ktoś mówił: tu jest bezpiecznie, tu mniej bezpiecznie. Zresztą sama pytałam.

Język

Jak już gdzieś ustaliliśmy, bez języka też się można dogadać – jeśli tylko ktoś się bardzo postara. Tylko tutaj wyjątkowo ten język przydaje – nie tyle ze względów komunikacyjnych, ale z powodów towarzyskich.

Jedzenie – dla mnie fatalne. Ale było coś fantastycznego: owoce i soki – takiej ilości i różnorodności nie miałam jeszcze na żadnych wakacjach. A kiedy wróciłam do Polski w sierpniu i przeszłam się na targ to sobie pomyślałam ‘i co ja mam kupić jak tu taki mały wybór.’

Samotne podróżowanie.

Często ludzie mi mówią: zupełnie sama? przecież to tak nudno… Owszem, bywają chwile kiedy jest się samemu, ale przeważnie jest tak, że na tego typu wyjazdach poznaje się o wiele wiele więcej osób niż kiedy się jedzie z kimś.I tak właśnie było i tym razem. Na palcach mogłabym policzyć dni, które w czasie tych 40-dniowych wakacji spędziłam sama.

Poza tym w samodzielnym podróżowaniu jest jeszcze coś fajnego: można się obudzić rano i pomyśleć: nie chce mi się wstawać, nie jadę tam. Albo nagle wpaść na pomysł: ok, zmieniam wszystkie plany…

A…no i… zaczęłam chodzić na lekcje jazdy konnej – następnym razem na wakacjach jeśli tylko będzie opcja konnej wycieczki zamierzam ją wykorzystać!

O historii, polityce, zwyczajach, muzyce i filmie dowiedziałam się o wiele więcej niż by to mogło wynikać z mojej opowieści, ale to całe dowiadywanie się i uczenie się nowych rzeczy było cały czas tak obok, nie starałam się, po prostu samo przychodziło. Ja po prostu miło spędzałam wakacje.

Kolumibijska organizacja turystyczna reklamuje swój kraj w ten sposób:

Colombia, el riesgo es que te quieras quedar. (Kolumbia, ryzyko jest takie, że będziesz chciał tu zostać.)

I to prawda. A jeśli nie zostać to wrócić – nawet sobie nie wyobrażacie ile spotkałam osób, które tam były po raz kolejny…

a tu reklama w całości:

Colombia

Kolumbia, lipiec – sierpień 2011

  • Super początek! Znamy, znamy te rozmowy ;) U mnie też się tak zaczyna jeden z artykułów. „Ale jak to do Bogoty najtaniej???” Jak to znaleźć, gdzie? Poproszę podpowiedź :) Usiądę któregoś weekendu z Twoim blogiem, tj. jego sekcją dotyczącą Ameryki Łacińskiej i zgłębię dokładnie przed podróżą :) I pozadaję pewnie też pytania.

    • Dominika, ja często wybierałam lot tam gdzie było najtaniej – raz się właśnie do Bogoty trafiło, czy teraz się trafia nie mam pojęcia (chociaż chętnie bym kiedyś wróciła :) )

  • Monika Ty dobrze wiesz, jak mi się ten Twoj kolumbijski wyjazd podoba i bardzo fajnie mi się czytało ten wpis. :-) 2 miesiące tam byłaś (włączając Ekwador?).

    Co do podróży solo, to też dobrze, że o tym piszesz, bo jak wiesz, chcę tam w tym roku pojechac i od niektórych historii włos się jeży na głowie.

    ps. podoba mi się Villa de Leyva :)

    • Kinga, czekam z niecierpliwością na Twój wyjazd, żeby sobie Ciebie z daleka poobserwować w podróży ;)
      Byłam w sumie 7 tygodni (razem z Ekwadorem)

  • oo proszę, Kolumbia! Brzmi dobrze, chociaż mam wielu znajomych z Ameryki Południowej i sami nie polecają, jednomyślnie. Patrząc po zdjęciach i opisie nie czuje się szczególnie zachęcony, zwłaszcza przez syf z Bogoty hihi Jedynym miejscem wartym odwiedzenia z całej Twojej podróży jest Sanktuarium La Lajas ;) Piękne!

    • Hm…. no przykro mi, że zdjęcia Ci się nie podobają.
      Wydaje mi się też, że starałam się opisać Kolumbię w sposób zachęcający, bo było to jeden z najlepszych krajów, które odwiedziłam w Ameryce Łacińskiej.

  • Świetnie zrobiony post !:) pojechanie w tak odległe kraje to jest dopiero przeżycie! A z tymi rozmowami to prawda że ciężko się porozumieć. Nie dziwię się w sumie bo po polsku młodzież mówi nawet nie składnie tak więc u nich musi być podobnie :) Trochę praktyki i będziesz jak rdzenny mieszkaniec Kolumbii !:)

  • iz

    O maatko, ile czytania, Monika! :)
    Ja nigdy nie lecę „nie dokońca wiedząc dokąd” i zawsze mam kilka książek przeczytanch zawczasu, więc nasz styl podróżowania drastycznie się różni ;)
    Fajnie wyszło z tym facetem na motorze; byłam zaskoczona, że okazał się policjantem. Przyznam szczerze, że pewnie poczułabym się bezpieczniej, choć do końca nie wiem dlaczego miałabym się czuć zagrożona, gdyby nim nie był. Ech, te stereotypy w głowie ;)

    • W sumie to mogę tez powiedzieć, że mam jakieś książki i artykuły przeczytane zawczasu – ale raczej nie dlatego, że akurat gdzieś jadę tylko dlatego, że ogólnie dużo czytam, więc zawsze się okazuje, że coś już wiem mimo, że przed samym wyjazdem się nie przygotowuję :)