Ocierając po raz kolejny raz pot z czoła, nieprzyzwyczajona jeszcze do tego upału pomyślałam, że trzeba było wszystko lepiej sprawdzić. Że mapa świata może nie jest najlepszą rzeczą na sprawdzanie gdzie ‘dokładnie’ się jedzie…. Że gdybym sprawdziła, zanim się na to wszystko zdecydowałam, to nie musiałabym teraz  czekać na tej mini-stacyjce, żeby jechać jeszcze 1000 km na południe. A na mapie to były tylko dwa centymetry….

 No cóż…pewnie powinnam się lepiej przygotować do pierwszej pozaeuropejskiej podróży, ale wyszło jak wyszło.

Czekanie, czekanie, czekanie…

Po co płacić dwa ‘złote’ za przejazd autobusem, skoro można zapłacić ‘złotówkę’ za pociąg. Niestety wtedy jeszcze, siedząc na pierwszej stacji nie wiedziałam, że tu się wszystko będzie spóźniać, że trzeba się nauczyć czekać, bo tajski czas jest zdecydowanie inny. I że czasami warto zapłacić tę złotówkę więcej.

Kupiłam bilet, aby dojechać z lotniska na dworzec kolejowy Hualampong – to, że na bilecie wszystko po tajsku jeszcze mnie nie martwiło – lekko się zaniepokoiłam kiedy podjechał pierwszy pociąg i na nim też wszystko było po tajsku… Podbiegłam z biletem do jakiegoś faceta, ale tylko pokręcił głową, że to nie ten, pokręcił też głową kiedy stanęłam przed nim po raz drugi przy kolejnym pociągu, a potem już nie musiałam, bo sam od razu spojrzał na mnie kręcąc głową, że to nie ten.

Kiedy pociąg w końcu nadjechał z dwugodzinnym opóźnieniem byłam już naprawdę ale to naprawdę zmęczona upałem. Na dworcu głównym szybko kupiłam bilet i pobiegłam na peron, gdzie okazało się, że pociąg na który trzymam bilet przecież odjechał godzinę temu… Po moim powrocie do kasy, niewzruszony kasjer powiedział: No tak, faktycznie i wymienił bilet na następny pociąg, który miał odjechać dopiero za jakieś 8h. Oczywiście również i ten zamiast odjechać o 22.50 odjechał o 23.30 – no trudno jakoś te 13 h wytrzymam.

Wytrzymałam tylko dlatego, że pasażerom klasy drugiej przysługiwały kocyki. A i tak było ziiiiiimnnnnooooooo. I wyglądając przez okna trudno było sobie wyobrazić, że na zewnątrz jest tak gorąco i parnie. Jedyne co było ‘hot’ to kolacja, która jak się okazało również przysługiwała pasażerom drugiej klasy.  Podobnie jak śniadanie o szóstej rano. I drugie śniadanie o 11.

Szkoła.

Szkoła, w której będę przez dwa tygodnie uczyć angielskiego z trójką pozostałych wolontariuszy jest bardzo mała – 6 nauczycieli i około 70 dzieci. I wszyscy się do nas uśmiechają, jakby na potwierdzenie, że Tajlandia to kraj tysiąca uśmiechów.

karta 1 371

Ryż, ryż, ryż… i ciągle tylko RYŻ!

Wiedziałam, że tak będzie, ale i tak trudno jest mi się do tego przyzwyczaić – na obiad ryż, na kolację ryż, czasami nawet na śniadanie ryż. Zupełnie inny niż ten, który wcześniej znałam, inaczej wygląda, smakuje, pachnie i tylko z dodatkami trzeba uważać, bo może się okazać, że to coś BARDZO pikantnego. Nie przepadam za pikantnymi potrawami, czasami zdarzało mi się zjeść coś pikantnego, jednak tutaj się okazuje, że do tej pory moja własna ‘skala pikantności’ była bardzo ograniczona. Szybko się uczę podstawowego pytania: ….. – czy to jest pikantne. I tutaj znowu okazuje się, że muszę dostosować swoją skalę, bo jeśli mówią mi …. – że nie jest pikantne, to znaczy że dla mnie jest. A jeśli mówią, że coś jest pikantne, to znaczy że ja nawet nie powinnam próbować….

Na razie wygląda na to, że najbezpieczniejszy jest ryż z omletem;)

Obiad wszyscy jedzą razem – w ogromnym pomieszczeniu z kuchnią, którą jest po prostu ten róg w którym znajdują się dwa palniki – zlewy są na zewnątrz. Przy stołach siedzą dzieci – wszystkie w szkolnych mundurkach i nauczyciele. Dzieci mają dyżury – roznoszą dymiące metalowe wazy z ryżem, nakładają z nich, potem na stołach pojawiają się różne dodatki, wciąż jeszcze dla mnie nierozpoznawalne i coś do picia w czym ląduje lód z reklamówki zakupiony rano przez jednego z nauczycieli.

Podstawowy dialog przy stole to: Aroi mai ka? Aroi mak mak ka. (Smaczne? Tak, bardzo smaczne).

Jak to na wsi.

Jak to na wsi – wszyscy się znają, a nas traktują jak gości więc jest bardzo miło. Jest weekend więc nasza ‘praca’ jeszcze się nie zaczęła. Zwiedzamy okolice, poznajemy się. Idziemy na, jak ktoś nam tłumaczy, ‘Monk Ceremony’ gdzie wioska zbiera się na imprezę bo dwóch mężczyzn w wioski miało zostać mnichami. W Tajlandii większość mężczyzn przez jakiś czas w swoim życiu żyje jako mnisi. W miastach mniej, ale w mniejszych, tradycyjnych społecznościach jest to bardzo częste. Nasza wioska świętuje z muzyką i stołami pełnymi jedzenia, a mężczyznom, którzy maja być mnichami obcinają włosy.

Coś co mnie ogromnie tu zachwyca to owoce. Od samego początku pokochałam nieznane mi wcześniej czerwone i włochate rambutany ale nie tylko one były nowością. Odwiedzamy dom jednej z nauczycielek i z zazdrością widzę, że te pyszne rambutany tak po prostu rosną sobie w ogródku. A obok nich banany, guawa i coś co się nazywa ‘noi na’ – zielony słodkawy owoc z wyglądu lekko przypominający karczocha.

Do you speak English?

Okazuje się, że angielski dzieci jest prawie nieistniejący. Jak zresztą ma być inaczej jeśli uczą go ci sami nauczyciele, z którymi my nie jesteśmy się w stanie dogadać za dobrze po angielsku? A ponieważ nauczyciele sami niewiele umieją to lekcje angielskiego to po prostu tłumaczenie reguł gramatycznych i przepisywanie z tablicy. Ciężka sprawa. Naszą rolą oczywiście nie jest nauczenie ich, bo tego się nie da zrobić w tak krótkim czasie – w ciągu dwóch tygodni, które ma trwać program. Chodzi raczej o to, aby próbować porozmawiać, choćby w prostych słowach, żeby pokazać, że ten język jest ważny, potrzebny do komunikacji, że da się czegoś nauczyć…

W wielu niewielkich szkołach tego typu pracują często jacyś nauczyciele cudzoziemcy, ale zazwyczaj muszą pracować z dosyć dużymi grupami więc z rezultatami też jest różnie.

Dzieci na zajęciach mają być spokojne i takie są – to jest od nich wymagane, a nauczyciele reagują dosyć ostro na nieposłuszeństwa. Nam jest trudniej z powodu bariery językowej, ale i tak jest w zasadzie bez problemów. Oczywiście narzekamy często na polskie ‘prawie wszystko mi wolno’ ale okazuje się, że drugie ekstremum – za spokojnie, też nie jest dobre.

karta 1 048

karta 1 355

karta 1 465

Dlaczego obrzędy religijne się tak długo ciągną?

Czy zdarzyło wam się siedzieć lub stać w kościele z niecierpliwością patrząc na zegarek pokazujący, że minęła godzina i zastanawiać się kiedy ‘to’ się skończy? Zawsze myślałam, ze to Kościół Katolicki ma takie długie obrzędy i msze i myślałam, że pewnie u innych tak nie jest. Tym bardziej się zdziwiłam, kiedy okazało się, że podobnie może być w buddyzmie – z tym, że o ile siedzenie w niewygodnej kościelnej ławce da się wytrzymać dosyć długo, to siedzenie na podłodze z podwiniętymi nogami (w sposób odpowiedni dla kobiety oczywiście) wcale nie jest takie proste. Ja w każdym bądź razie wytrzymałam tylko półtorej godziny. Z moją drugą, mało wytrzymałą towarzyszką spędziłyśmy pozostałą godzinę na zewnątrz.

Japonki.

 Nie chodzi tu bynajmniej o moją japońską towarzyszkę, ale o klapki w których chodzę od pierwszego dnia. Przyjechałam co prawda w sandałach, ale bardzo szybko okazało się, że jest mi w nich niesamowicie gorąco i tak zaczęłam chodzić non-stop w japonkach,  o których wcześniej myślałam, że są niewygodne.

karta 1 114

Nie są, a dodatkowo mają tę przewagę nad sandałami, że da się je szybko zdjąć i założyć. A buty trzeba zdejmować przed wejściem do każdej świątyni, przed wejściem do czyjegoś domu i często nawet przed wejściem do sklepu (oczywiście nie w mieście, ale tu jest mała wieśJ).

Może to przez to podłogi w domach są tak czyste, że można byłoby z nich jeść. Zresztą Tajowie prawie to robią. Posiłki spożywane są na podłodze. Myślałam, że to tylko nasze śniadania tak wyglądają – bo jemy je rano tam gdzie śpimy czyli w odpowiednio zaadaptowanej sali lekcyjnej – ale okazuje się, że wcale nie. Kiedy odwiedzamy domy różnych ludzi to najczęściej siada się na podłodze, co w sumie jest bardzo przyjemne bo w większości przypadków na podłogach są kafelki – bardzo zimne, ale biorąc pod uwagę panujące upały to siedzenie, a nawet leżenie na takich kafelkach jest czysta przyjemnością.

Nawet przedszkolaki, kiedy mają obowiązkową drzemkę wyciągają się w swojej sali wprost na podłodze – czasami coś sobie podkładają pod głowy ale często nawet nie – ciekawy widok!

karta 1 476

U jednej rodziny siedzimy na podłodze mimo, że obok nas stoi duży i piękny drewniany stół. Nawet ich babcia, która ledwo może już chodzić z pomocą swoich wnuków siada pod ścianą na podłodze. A między nami, pojawiają się półmiski i talerze.

karta 1 447

Zimno czy gorąco?

– Gorąco. Jak się to mówi po tajsku?
– ‘ron’
– aha… ron ma (jest gorąco) – Jaka jest teraz temperatura, pewnie coś koło 30 stopni, co?
– chyba 39
– 39? ron ma ma. (bardzo bardzo gorąco).
– Wczoraj w nocy było zimno – mówi Somchai, Taj, który do nas wczoraj odwiedził i został na kilka dni.
– Zimno? – pytam, zdziwiona.
– No tak, zimno – potwierdza.
– Masz na myśli ‘zimno’ – Z – I – M – N – O – literuję słowo, niepewna czy dobrze zrozumiałam jego angielski .
– Tak.
– Ale przecież nie było – protestuję.
– Nie było?
– Było jak zwykle gorąco!
– Gorąco???? – patrzy na mnie ze zdziwieniem.

I już widać, że się nie dogadamy. Bo kiedy ja jak zwykle spałam NA śpiworze i tak narzekając na temperaturę pod moskitierą to on się ubierał, bo było zimno….

I ciągle tak jest – kiedy ja stoję w super letniej koszulce na ramiączkach odganiając się od komarów i ociekając potem, obok mnie może sobie spokojnie stać jakiś Taj w dżinsach i golfie i twierdzi, że nie jest gorąco…. Cóż tajska i polska definicja słowa ‘zimno’ jest zdecydowanie inna.

Ciekawe czy do tych temperatur da się przyzwyczaić…

Tajska kuchnia należy do najlepszych na świecie.

Tak mówią. I powoli zaczynam rozumieć dlaczego. Potrawy, które jemy są często bardzo proste ale jednocześnie niezwykle smaczne. I ogromnie różnorodne. Czasami mam wrażenie, że w tutejszej kuchni można użyć dosłownie wszystkiego co jest wokół…

– Pom, te zielone liście, które zwijasz i smażysz…. co to jest?

– Hmm…, nie znam nazwy – odpowiedział Pom, rozglądając się jednocześnie dokoła i nagle pokazał na stojące obok drzewo – o…. to z tamtego drzewa.

Drzewo jak drzewo, też nie wiedziałam co to jest, ale usmażone liście były bardzo smaczne.

Czasami coś wyglądało mało zachęcająco – na przykład takie małe, prawie miniaturowe rybki – wędzone czy suszone, sama nie wiem – z malutkimi suszonymi główkami…. A okazało się, że posypany nimi ryż jest pyszny.

Durian nazywany jest królem owoców – mówi się, że pachnie (czy raczej śmierdzi) strasznie, jak zużyte skarpetki, ale smakuje nieziemsko. Nie wolno go wnosić do hoteli czy do autobusów z powodu tego zapachu, a kiedy spaceruje się po targu od razu wiadomo kiedy zbliżamy się do miejsca gdzie go sprzedają nawet jeśli jeszcze tego nie widzimy.

A więc po raz pierwszy w życiu próbuję duriana. I niestety się lekko rozczarowuje. Śmierdzi faktycznie, ale da się wytrzymać. Niestety dla mnie dobry owoc musi być soczysty i rześki, a durian niestety taki nie jest. Ma lekko maślaną bananową konsystencję. Nie jest zły, ale nie zachwyca.

‘Papaya salad’ wcale nie jest z papai. No, przynajmniej nie z takiej jaką znamy, bo w sumie to jest z zielonej papai. Jest to bardzo pikantna sałatka. Ta, która jemy nazywa się som tum pbooh i jest z orzeszkami ziemnymi i suszonymi krewetkami. Ponieważ teraz wszyscy już pamiętają o tym, że ja nie jestem w stanie jeść pikantnych potraw (zwłaszcza jak mi raz łzy poleciały przy stole po spróbowaniu czegoś tam), dostaję wersję mało pikantną. Wersja ‘mało pikantna’ dla mnie JEST pikantna, ale do wytrzymania. Smaczna, orzeźwiająca. Do tego oczywiście ryż, kluski, sosy, smażona wołowina – jedna wielka uczta, bo nauczyciele zaprosili nas do restauracji.

Siedzimy jak zwykle, na podłodze, przy niziutkich stolikach. Na stolikach miski i miseczki z różnymi potrawami, z których się nakłada po trochu na swoje talerze. Bardzo mi się to podoba bo miseczek jest bardzo dużo i w ten sposób jesteśmy w stanie spróbować wielu potraw.

Po wyjściu z restauracji, w drodze powrotnej, zatrzymujemy się jeszcze na chwilę u jednej z nauczycielek. Są u niej jacyś tajscy znajomi, małżeństwo, którzy trochę mówią po angielsku. Na szczęście towarzyszy nam też Somchai, który pełni funkcję tłumacza i tak, przy tajskiej whisky toczy się rozmowa, o nas, naszych krajach,  sytuacji w Korei, stosunkach japońsko-chińskich (pozostałe wolontariuszki to 2 Koreanki i mieszkająca w USA Japonka), o kulturze. I tak chwila zamienia się w pół godziny, godzinę….. Po dwóch godzinach gospodarz zdecydował się skoczyć do sklepu obok po koleją butelkę tajskiej whisky i rozmowy toczyły się dalej. Dwie godziny później musieliśmy obiecać, że pojawimy się w środę i zostaniemy na noc, żeby dokończyć nasze dyskusje.

Jak już pada to nie pada tylko leje.

Oprócz zwykłych zajęć w szkole (jak co dzień), pojechałyśmy dziś z dziećmi na lokalne zawody sportowe – pełno szkół, dzieci – zawodników i widowni – większość poprzebierana, wystrojona na część parady.

A ponieważ to pora deszczowa to oczywiście musiało padać. I zaczęło padać w trakcie sztafety.
Na początek spadło kilka grubych kropli.

karta 1 142
Jakieś 20 metrów przed przekazaniem pałeczki, zaczął padać ‘normalny’ deszcz.

karta 1 143
Po przekazaniu pałeczki LUNĘŁO.

karta 1 144
Dzieci biegły nadal, częściowo boso (co było zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej były w adidasach i zdjęły je do biegu).
Zanim zrobiono kolejne okrążenie deszcz przestał padać, a zwycięzcy i przegrani mogli wyciskać wodę z koszulek.

A widownia, która miała gdzie się schować, gratulowała zwycięzcom i robiła zdjęcia w promieniach gorącego słońca…

Weekend w Va Yu Pak

Va Yu Pak to prywatny, ogromny park, dostępny bezpłatnie dla wszystkich. Nazwany od imienia kilkuletniej córki właściciela. Można tam wejść i spędzić tyle czasu ile się chce, płaci się jedynie za wynajęcie domków, jeśli ktoś chce zostać na noc.

Na południe od Hat Yai. Prowincje południowe są w większości muzułmańskie, a my spędzamy weekend w parku, bo mamy mieć dwudniowe warsztaty grupą 16 dziewczynek z muzułmańskiej szkoły.

Zajęcia są dosyć udane, a dzieci chętnie z nami rozmawiają. Oczywiście, trudno niektórych przekonać, że powinni mówić GŁOŚNIEJ, ale ogólnie jest ok – robimy różne ćwiczenia jeden większy projekt.

Pracujemy na dużej drewnianej ‘platformie’ przykrytej dachem. Upał straszny – 38st. w cieniu, ale mimo, że cały czas jesteśmy w cieniu a przy suficie ruszają się wiatraki trudno wytrzymać.  Dziewczynki są w długich spodniach, długim rękawie, czarne chusty przykrywają włosy.

My w spodniach i koszulkach na krótki rękawek.  I dopiero później, po weekendzie, ktoś z naszych tajskich opiekunów powie nam, że chociaż nauczyciele z muzułmańskiej szkoły byli bardzo zadowoleni z weekendu, to jednak powiedzieli, że my byłyśmy nieodpowiednio ubrane, bo koszulki były z krótkim rękawem…

karta 1 197

Dzień drugi warsztatów – śniadanie miało być o dziewiątej rano. I my nawet tak wstałyśmy – ku ogromnemu zdziwieniu pozostałych. Bo dopiero o 9.30 panie kucharki zaczęły wystawiać garnki z których za kolejne 20 minut mogły nam nałożyć zupy ryżowej.

Ech….. ten tajski czas….

Po zakończonych zajęciach, przed powrotem, zajeżdżamy jeszcze do wodospadów – gdzie tłumy ludzi piknikuje albo się kąpie. Jakoś jednak nie mogę się przemóc to tajskiego sposobu na kąpiel – w ubraniu! Nawet mężczyźni czy chłopcy czasami zdejmują jedynie koszule, a poza tym wskakują do wody w dżinsach.

Kolejne buddyjskie święto.

Dziś wieczorem mamy spać u mamy Tuma – w małej wiosce, gdzieś godzinę drogi od naszej szkoły. Jedziemy jak zwykle z tyłu na otwartej pace pick-up. Można byłoby powiedzieć, że warunki spartańskie, gdyby nie to, że samochód nowy i dobry, a autostrada dużo lepsza niż polska i jedziemy baaardzo szybko. Na zewnątrz jedzie się wygodniej niż w środku, bo widoki fajne, towarzystwo fajne, tylko… fryzury pod koniec jazdy kiepskie;)

Dzisiaj świętujemy dzień, w którym Budda przekazał swoje nauki. Na początku wszyscy gromadzą się w świątyni – długa modlitwa, sporo dłuższa niż podczas wcześniejszej uroczystości. Potem wszyscy wychodzą i okrążają świątynie trzy razy: pierwszy raz za Buddę, drugi raz za jego nauki a trzeci raz za mnichów. Zapalamy świeczki i kadzidełka (trzy), które potem wszyscy zostawiają w jednym miejscu.

U mamy Tuma śpimy na strychu – z widokiem na gwiazdy, jeśli się w dobrym miejscu ułoży…. Niestety potem trzeba zmienić miejsca, bo pada. Pada, pada, pada i pada…..

Dzięki temu spało się bardzo dobrze, ale rano niestety wszędzie mokro.

karta 1 241

Spacer po wiosce.

Po zajęciach (na których w ramach wizyty pojawiają się dzieci z sąsiedniej szkoły, hmmm) idziemy na spacer po wiosce. A właściwie to idziemy odwiedzić miejscowego ‘wójta’. Somchai i Pond, którzy dotąd pomagali nam często w tłumaczeniach, twierdzą, że dołączą później (jeszcze nie wiem, że oni wiedzą co robią…) i tak zostajemy na łasce swojej kiepskiej znajomości tajskiego.

Po drodze zatrzymujemy się w jakimś domu, wita nas kobieta w średnim wieku. O coś się chyba mnie pyta – chyba, bo na końcu jest ‘mai’, ale ja mogę jedynie opowiedzieć  ‘mai kao dżai’ – nie rozumiem.

Po wyjściu bynajmniej nie wsiadamy do samochodu – idziemy dalej i wchodzimy do kolejnego domu. Rytuał się powtarza: siadamy, przedstawiamy się, częstują nas wodą i owocami. Oczywiście z sofy szybko przenosimy się na podłogę, bo nagle robi się nas dziwnie dużo – przychodzi kilkoro dzieci, które uczymy, sąsiedzi, kilka znajomych osób. Prawie nikt nie mówi po angiesku więc jest trochę dziwnie, ale bardzo sympatycznie i wesoło.

Po wyjściu stamtąd idziemy w odwiedziny do kolejnych ludzi, i kolejnych i wszystko się powtarza – w końcu dołaczają do nas nasi tajscy przyjaciele więc łatwiej się dogadać.

I o ile na początku wydawało nam się, że po prostu mamy kogoś odwiedzić, to w pewnym momencie zaczyna wyglądać to na pokazywanie nas.

Domy są różne, ale cechy charakterystyczne to: portrety króla w każdym domu (króla, panującego już od ponad 60 lat i cieszącego się ogromnym szacunkiem), mini sofa, mało mebli, kafelki wszędzie….

Kilka godzin i osiem domów później kończymy wizyty…

karta 1 283

Pożegnanie.

Dzień ostatni nauki – szybko to minęło.

Było fajnie, nie zawsze łatwo, ale z pewnością ciekawie.

Interesujące doświadczenie – jak przeżyć w klasie, z którą nie bardzo można się dogadać (da się:), jak to możliwe, że języka uczą nauczyciele, którzy znają go tylko teoretycznie? (tak jak tutaj), ile można nauczyć siebie i innych przez dwa tygodnie (trochę się da…).

Pożegnalna kolacja – przygotowujemy różne potrawy. Koreanki przygotowują kimpę – takie koreańskie sushi.

J. idzie do stojących z boku wielkich worków z ryżem i po chwili mnie woła. Nachylam się i wśród białych ziaren ryżu widzę małe czarne robaczki. Somchai wzrusza tylko ramionami, mówiąc ‘A co to przeszkadza, jak koniecznie chcecie to wypłuczcie ten ryż’.

A więc płuczemy dokładnie wypłukując każdego małego czarnego robaczka, a J. mówi: ‘Wiesz, ja widziałam, że zawsze w tym ryżu co jedliśmy na obiady były takie małe czarne punkty, ale myślałam, że to sezam….’

Rano jedziemy do Hat Yai, aby spędzić razem jeszcze jeden weekend. Zatrzymujemy się u Pond’a – i nie mogę się nie roześmiać widząc na półce w łazience krem nivea ‘rozjaśniający’. Mam taki sam w domu, tyle tylko, żę ‘brązujący’J

Kiedyś zresztą rozmawialiśmy o tych różnicach. Dla mnie Tajowie mieli fajny kolor skóry – fajny, bo już nie trzeba się opalać, a oni z kolei mówili, jak to fajnie, że ja jestem taka biała. I że mam duży nos tak jak wszyscy biali. Duży nos???? No tak, w porównaniu do nich….

Kolejna wizyta w tajskim pubie – co mnie dziwi to fakt, że można przynieść własny alkohol i po prostu postawić go na stole, a kelnerka tylko przynosi kolę, żebyśmy mogli zrobić drinki.

karta 1 435

Ja tu jeszczę zostaję.

Myśleliście, że to koniec? O nie, ja tu jeszcze trochę zostanę.

Gdzieś tak tydzień wcześniej podczas rozmowy powiedziałam, że moi znajomi przyjadą do Tajlandii dopiero w sierpniu. A co ja będę robić? No, właściwie to nie wiem…

„Czy chciałabyś z nami trochę pomieszkać?” – zapytała jedna z nauczycielek przy pomocy Ponda, a ja bardzo chętnie na to przystałam.

Tak więc kiedy wszyscy się już rozjechali, ja zastaję. Ja zostaję, Sa przyjeżdża po mnie i zabiera mnie do swojego domu.

Zatrzymujemy się przed domem, ale…. zaraz, zaraz… przecież to jeszcze nie tutaj?

‘Bpai, bpai’ – mówi do mnie Sa, co oznacza, że mam wysiąść. Wchodzimy gdzieś, oczywiście nie wiem gdzie – witają nas jacyś ludzie więc mówię Sawadee ka (‘dzień dobry’ + ka – dodawane na końcu przez kobiety) i robię ‘wai’ (czyli kłaniam się).

Czy chcę coś zjeść? Nie, nie ‘chian mai yu ka’ (nie jestem głodna), a może ‘sam tam?’ OK., papaya salad to w sumie chętnie zjem, ale ‘mai pet’ (nie pikantną).

Znajoma Sa, która też jest nauczycielką, trochę mówi po angielsku więc prowadzimy rozmowę łamaną ang.-taj. Pytają mnie o rodzinę, co robię, jak długo tu będę, ile kosztował mój bilet do Tajlandii (i dlaczego tak dużo).

W końcu jedziemy dalej. Znowu zatrzymujemy się  – odwiedzamy ojca Sa, tym razem to bardzo krótka wizyta, mówię ‘Sawadee ka’ i znikamy.

Nie no, nie wierzę, znowu się zatrzymujemy przed jakimś większym domem. Wtedy jeszcze nie wiem, że tak będzie wyglądał mój najbliższy tydzień, Sa będzie chciałą się pochwalić gościem (czyli mną) i tak będziemy co dziennie po pracy odwiedzać znajomych.

Sunny, u której się przed chwilą zatrzymaliśmy, jest przyjaciółką Sa od ponad 20 lat. Też jest nauczycielką (w przedszkolu) i mówi trochę po angielsku – na tyle dobrze, że możemy się w miarę bez problemu dogadać. Jej córka, 17 –letnia Mai, która tez jest w domu, też mówi po angielsku, tyle tylko, że nie chce, za to Sunny wydaje się być bardzo szczęśliwa mogąc pogadać po angielsku.

‘Mai’ to przydomek, a dziewczyna tak naprawdę ma na imię Kasama.

Tutaj w zasadzie wszyscy używają jakichś przydomków, a nie imion, które najczęsciej nic nie mają wspólnego z przydomkami. I dlatego tak naprawdę wcale nie pamiętam prawdziwych imion moich tajskich przyjaciół. Tylko Sakkarin i Somchai tak się naprawdę nazywali.
A jeśli chodzi o pozostałych, to nam się te przydomki straszliwie myliły: Pond, Pom, Tum, Mai, Oi, Thei, Nid….. – wszystko tak do siebie podobne, czasami różniły się tylko tonami, a czasami nie wiadomo czym, ale nie udawało nam się tego wymówić. Np. Teiy – jakkolwiek próbowałyśmy było nie tak, bo dla nas to brzmiało jak ‘Thai’ ale ponoć wcale tak nie brzmiało.

Sunny stwierdza, że moje ‘wai’ jest nieodpowiednie – no bo przecież inny ukłon powinien być do dzieci, inny do dorosłych, łokcie przy sobie, kciuki mają nie odstawać no i przede wszystkim powoli.

A więc ćwiczę i w końcu mi wychodzi.

– Monika, you like sea?
– Yes – odpowiadam, bo przecież lubie morze i dopiero po jakimś czasie, kiedy słyszę ‘you go with me Phuket’ rozumiem, że pytanie miało brzmieć ‘would you like to go to the seaside?’ (czy chciałabyś jechać nad morze?). Uśmiecham się więc niepewnie i rozglądam wokół w oczekiwaniu pomocy, która nie nadchodzi.
– Friday. Can you go? (Piątek, możesz jechać?) – słyszę i kiwam niepewnie kiwam głową dziwiąc się całęj sytuacji.
– OK, OK., Friday afternoon, we go Phuket. With me – dodaje jeszcze raz Sunny I zaczynamy rozmowę na inny temat.

Jeszcze jeden tydzień w szkole.

Dzieci są bardzo zdziwione, widzący tylko mnie samą i muszę tłumaczyć, że pozostałe dziewczyny pojechały do domu, co w moim przypadku w sumie sprowadza się do dosyć prostego zdania ‘J. bpai baan’ – ‘J. pojechałą do domu’. Teraz jest spokojniej i ciszej – trwają normalne zajęcia nie przerywane niczym (tzn. nieprzerywane naszymi lekcjami). Ja też wciąż mam zajęcia – najpierw z przedszkolakami, gdzie się bawimy i trochę śpiewamy, a potem ze starszymi dziećmi – tu jest znacznie lepiej, bo te podstawowe słowa, które znam po tajsku już wystarczają, żeby się jakoś dogadać. W zasadzie to nawet dzieci się bardziej wkurzają jak czegoś nie mogę zrozumieć i przez to bardziej się starają – starając się wytłumaczyć mi cokolwiek w jakimkolwiek języku. Ciekawe doświadczenie – bo teraz jestem zdana całkowicie na siebie, nie ma chłopaków, którzy pomogli by z tłumaczeniem, czy dziewczyn, które też by czegoś nie rozumiały….

karta 1 475

Z jeden strony jest to bardzo ciekawe doświadczenie, ale z drugiej strony trochę mnie to męczy – bo ja bym chciała POGADAĆ, a nie tylko się dogadać. I tak sobie myślę: jak ludzie mogą żyć w obcym kraju i nie mieć motywacji do nauki języka?

Wieczorem, kiedy ponownie odwiedzamy Sunny uczę się kolejnych tajskich słów podczas przygotowywania kolacji. Nie wiem czy w Polsce będę w stanie coś ugotować, bo na razie moje notatki wyglądają mniej więcej tak: ‘sa toor’ – długa, szeroka i dziwna fasola, ‘tua puu’ – taka fasola z karbowanymi brzegami, ‘ma kye pro’ – coś co wygląda jak cebula….

W szkole nigdy nie jestem do końca pewna czy ktoś mnie rozumie czy nie. OK, widzę, że dzieci rysują to co miały na rysować. Ale czy dlatego, że zrozumiały czy dlatego, że sąsiad rysuje to samo? To są straszne ‘copy cats’ – jest dokładnie tak jak powiedziała Sachi – razem byliby świetną maszynką kserą.

Pamiętam, że na początku, jeśli cokolwiek napisałyśmy na tablicy jako przykład, po chwili trzeba było to ścierać, bo wszystko pozostawione na tablicy było przepisywane – nieważne, czy potrzebne czy nie.

– Monika, bpai! (chodź) – woła do mnie któraś z dziewczynek i macha na mnie ręką.
– Bpai nai? (Gdzie mam iść?) – pytam, ale ona nie wie jak wytłumaczyć wiec tylko powtarza ‘bpai!’. Wsiadam już do pickupa, w którym siedzi już z dziesiątka dzieci (wciąż się nie mogę nadziwić ile tu się ludzi zmieści do samochodu) i jedziemy. Aaa… będziemy grać w piłkę z dziećmi z sąsiedniej szkoły.

Nagle, gdzieś w tłumie miga mi ‘biała’ twarz. Przyglądam się uważniej z nadzieją na ‘normalną’ rozmowę po angielsku ale facet gdzieś znika. Parę minut później on sam mnie znajduję i sobie rozmawiamy. On już mówi dosyć dobrze po tajsku, bo mieszka tu od 4 lat i ma miejscową żonę i dwójkę dzieci. Tak sobie myślę, żę dzieci pewnie są ‘mixed’ – jak to określają moi Tajowie – coś co im się bardzo podoba.

‘Jak masz trochę wolnego czasu i zastanawiasz się co zrobić z życiem to możesz tu łatwo znaleźć pracę’, mówi mi na pożegnanie.

Trudny język.

Podczas odwiedzin w kolejnej szkole znowu jestem wszystkim przedstawiana. Teraz jednak mam już dosyć dobrze przećwiczone przedstawianie się po tajsku – skąd jestem, co robię, o rodzinie, po co przyjechałam do Tajlandii. A na koniec, gdyby ktoś chciał zadać więcej pytań, zapobiegawczo dodaję: ‘Chau puut pasoa thei dej nit noi’ (tylko trochę mówię po tajsku). A potem zazwyczaj następuje dłuższe tłumaczenie ze strony moich towarzyszy.

Na pewno wiele osób było świadkami takich sytuacji w Polsce – cudzoziemiec nie rozumiem, a ktoś (jakiś pan/pani z okienka) powtarza to samo raz, drugi i trzeci – głośniej i wolniej. To samo jest tutaj – ludziom się wydaje, że jeśli powtórzą coś 10 razy to może ja zrozumiem…

Ot, siedzę sobie np. przed szkołą, przyjeżdża dwóch gości na motorze – jeden siada naprzeciwko mnie i rozpoczyna rozmowę. Oczywiście opowiadam mu po angielsku. W sumie mógłby się domyślić, że skoro mówię do niego po angielsku to znaczy, że po tajsku nie mówię, prawda?  Aż w końcu zadaje pytanie:

– Puut tai mai? (czy mówisz po tajsku?)

– Mai – odpowiadam, że nie, myśląc, że na tym się skończy nasza rozmowa, ale facet postanawia jeszcze trochę ze mną pogadać. Co więcej, do rozmowy wtrącają się jego znajomi i nawet sobie przypominają w końcu kilka zwrotów po angielsku.

Jako osoba, która bardzo lubi czytać trochę się tutaj męczę. Bo do tej pory zagranicą zawsze było tak, że nawet nie znając języka mogłam się czegoś nauczyć, coś przeczytać, coś zapamiętać – a tutaj patrzę na te dziwne znaczki i wszystko wygląda tak samo. Wszyscy wokół oczywiście bardzo starają się, żebym się czegoś nauczyła. Na szczęście dają sobie spokój z tonami i po prostu zadawalają się jeśli wypowiem coś co jest po prostu zrozumiałe, albo można się domyślić o co mi może chodzić.

Goście, goście…

Prawie każda osoba, którą odwiedzam z Sa zadaje mi pytanie: Czy chciałabyś może u nas się zatrzymać na noc? Na co grzecznie odpowiadam, że bardzo dziękuję, ale mamy z Sa plany. Jednak to, że mam pobyć dwa dni u Sunny zostaje zadecydowane za mnie. I w zasadzie jest tak jak wcześniej – idę z nią do pracy (do przedszkola) a potem odwiedzamy znajomych.

Idąc do brata Sunny oczywiście nie używamy normalnego przejścia dla pieszych tylko przebiegamy na skróty przez ulicę, co jak zwykle może nieomal przyprawić o zawał serca  – te światła skuterów, samochodów, które się zbliżają, a my robimy to na zasadzie: bieg, stop, przepuścić samochód, znowu bieg… A na drugiej stronie ulicy trzeba jeszcze przejść przez jadłodajnię, kuchnię, podwórko aż w końcu docieramy do mieszkania.

Pamiętam ten widok jak dzisiaj, mimo, że zdjęć brak. Miałam wrażenie, że nagle znalazłam się w innej bajce: na dwóch ścianach pod sufitem wisi jakieś 8-10 klatek z ptakami, jedna przy drugiej i cały czas naszej rozmowie towarzyszy świergot ptaków. Każda klatka zrobiona jest z drewnianych prętów i mam wrażenie, że znalazłam się w jakimś filmie o Dalekim Wschodzie. Mieszkanie jak zwykle mnie zdumiewa. Z jednej strony przybrudzone ściany z odpadającym tynkiem, sterty różnych rzeczy, podłamane łóżko, a z drugiej strony piękny drewniany stół, a przy nim przystojny mężczyzna w śnieżnobiałej koszuli (niewielu Tajów mi się podobało, więc ten musiał być naprawdę przystojny skoro to pamiętam).

Południowe prowincje Tajlandii są w dużej mierze muzułmańskie. Rodziny Sa i Sunny są muzułmańskie. Po Sa tego nie widać, ale Sunny ma zawsze zakryte włosy i regularnie się modli – zawsze idąc do innego pokoju i zmieniając strój do modlitwy. Pytaja mnie czy w Polsce jest wielu muzułmanów.

Czasami są takie chwile, w których niby nic się nie dzieję, a jednak jest fajnie i chciałoby się, żeby taka chwila trwała, bo człowiek ma wrażenie, że znajduje się w dobrym miejscu.

I pamiętam jak siedzieliśmy na kamiennych ławkach, przy stole, tuż przy ulicy. Słońce powoli zachodziło, więc kolory otaczających budynków były piękne, gorąco jak zwykle (do tego już się przyzwyczaiłam), gwar jak zwykle, a w tle słychać było głos muezzina, bo meczet był tuż obok. I wtedy tak sobie myślałam: fajnie byłoby tu zostać jeszcze dłużej.

Phuket.

No i jedziemy na Phuket – miejsce gdzie jeżdża tłumy turystów. Po drodze zatrzymujemy się w Krabi, aby obejrzeć skaminialiny sprzed 75 mln lat, a po południu docieramy do rodziny – córki brata Sunny (chyba, jeśli dobrze rozumiem).

karta 1 524

Następnego dnia, na małęj plaży, gdzie białych turystów praktyczni nie ma, za to są tłumy miejscowych mam dylemat: zastanawiam się czy pływać w bikini, czy zastosować się do tajskich reguł i postąpić tak jak cała moja rodzina – która pływa w ubraniu. Postanawiam się dostosować do panujacych zwyczajów i chwilę po zanurzeniu w wodzie klnę, bo moje spodenki zaczynają się lepić, a bawełniana koszulka pod ciężarem wody rozciąga się tak, że bardziej przypomina koszulę. Po wyjściu mówię, że chyba się będę trzymać europejskich sposobów kąpania się i wszyscy się śmieją.

karta 1 582

W każdym bądź razie postanawiamy obejrzeć kilka innych plaż i jedziemy na te bardziej turystyczne, zatłoczone ale i piękne plażę. Jakaś kobieta sprzedaje grillowane ‘robale’ więc ja koniecznie muszę spróbować. Hmmmm….larwy są nawet dobre – delikatniejsze niż kurczak, ale koniki ‘fuj’ – nóżki są za bardzo chrupkie i mało w nich mięsa.

karta 1 570

Za to wieczorna wizyta na lokalnym targu i późniejsza przygotowana kolacja – niebo w gębie (chociaż już naprawdę mam dosyć ryżu!).

Chlebek roti, który jem na śniadanie też jest pyszny – to jakby skrzyżowanie naleśnika z plackiem kukurydzianym – na słodko – rewelacja!

I to już koniec.

Na kolejnej turystycznej plaży siedzimy i gadamy. A na koniec jeszcze idę na parasailing, żeby popatrzeć na Phuket z góry – widok pięknyJ Żegnam się ze swoją tajską rodziną i o 13.00 wsiadam do minibusa jadącego do Suratani skąd ruszę na kolejne wyspy.

Od razu po wejściu do minibusa czuję, że zaczyna się zupełnie inny etapo mojej podróży, bo w środku siedzą sami biali i po raz pierwszy od przyjazdu tutaj zaczynam się czuć jak turystka.

karta 1 585

Tajlandia, lipiec 2006

  • Podziwiam Cie za te ryz – ja juz po dwoch tygodniach w Azji nie chcialam tykac ryzu. Twoja papaya salad przypomniala mi, zeby nigdy nigdy nie zamawiac egg salad… bo wtedy Ci dadza te stuletnie jajka galaretowate cale czarne :/

    • Anna, nie ma za co podziwiać: minęło od tego czasu już 9 lat a ja nadal nie lubię ryżu :)

  • Hah… A ja prawie każdego dnia jem ryż i jakoś specjalnie nie jest mi z tego powodu źle :D Kocham ryż i kocham ostre jedzenie. No o ile nie ma w nich małych czarnych robaków, czy „sezamu” :P

    • Najwidoczniej ludzie dzielą się na tych co ryż lubią i tych co ryżu nie lubią :)

  • No faktycznie pomysł na kąpiel w ciuchach, a już w takich dżinsach szczególnie, nie jest zbyt zachęcający!

  • O, jak ja cierpiałam kulinarnie w Tajlandii. Wszyscy się zachwycaja ta kuchnią, a ja nie mogę jeść pikantnych potraw. Po trzech tygodniach z uśmiechem na ustach wciągnęłam w Bangkoku MacChickena z frytkami :)

    • Nie, to ja jednak bardziej nie lubię McChickena :D
      Jeśli chodzi o pikantne potrawy to minęło troche czasu zanim się nauczyłam je jeść (zdecydowanie więcej niż jeden czy dwa wyjazdy), ale kuchnia
      tajska też nie należy do moich ulubionych, chociaż znajdzie się tam kilka rzeczy, które bardzo lubię :)

  • Ryż z omletem…fuj ;)