Każdy z nas marzy pewnych miejscach, ciekawych doświadczeniach.
Ja też.
Zawsze miałam taką listę, krajów, które chciałabym zobaczyć – co prawda z roku na rok, im więcej wiem, im wiecej widziałam, ta lista się zmienia, ale zawsze jakaś lista jest.

Tak się jednak jakoś dziwnie składa, że zawsze jadę w inne miejsca niż bym chciała, i tak, z roku na rok lista marzeń się zmienia, ale ciągle pozostaje nietknięta.
A więc kiedy po raz kolejny zastanawiałam się gdzie jechać, myśląc bardzo intensywnie o tym, że chciałabym, żeby w końcu było to gdzieś w Ameryce Łacińskiej, zrobiłam taką listę: co chciałabym od tych wakacji.

I miało być tak:
– dobre jedzenie!!
– w miarę tanie życie na miejscu
– łatwość porozumiewania się (zbyt egzotyczne języki odpadały)
– ludzie, którzy nie reagują źle na widok aparatu
– w miarę ciepło (żeby plecak z ubraniami nie był za ciężki)
– gdzieś gdzie można zobaczyć jakieś zabytki (jakieś budowle etc. – raczej
‚starsze':)
– ciepłe morze i rybki, które można pooglądać w czasie nurkowania.

No i tak, po przemyśleniach, przeczytaniu propozycji z forum i rad s.wawelskiego w końcu zdecydowałam się na Gwatemalę, Honduras i Nikaraguę.

Nigdy w sumie nie chciałam jechać do tych krajów aż tak bardzo, ale… okazało się, że znajdę tam wszystko czego szukam:)

Do trzech razy (problemów) sztuka…

Pierwszy raz i pierwszy problem pojawił się, zanim się wszystko jeszcze zaczęło. Od czasu rezerwacji do rozpoczęcia podróży linie lotnicze Mexicana zdążyły trzy razy zmienić godziny odlotu, tak więc trzeba było spędzić niezaplanowany dzień w Londynie.

Drugi raz był już­­ w Ciudad de Mexico. Kiedy wysiadłyśmy z samolotu okazało się, że już jesteśmy w sali odlotów, pod naszą bramką gdzie miał być lot do Gwatemali. Po dwóch godzinach, kiedy zaczęło się przyjmowanie pasażerów na pokład, okazało się….. że i tak powinnyśmy były przejść przez kontrolę i wypełnić formularze imigracyjne. Z wywieszonym językiem pobiegłyśmy więc za grupą innych turystów, którzy się zorientowali parę sekund przed nami.

Udało się i w samolocie byłyśmy 7 minut przed odlotem i tylko poduszek dla nas zabrakło….

Trzeci raz był w Ciudad de Guatemala gdzie zatrzymałyśmy się tylko na noc. Nasz przemily gospodarz z hostelu zawołał taksówkę, która miała nas zawieźć na dworzec.

Kiedy jednak taksówkarz zatrzymał się przy jakimś ciasnym podwórku, gdzie z trudem mieścił się jakiś autobus:
– Alamo – powiedział, zatrzymując się i patrząc na nas.
– Nie, Linea Dorada – odpowiedziałyśmy my.
– Arturo powiedział, że mam was zawieść do Alamo.
– A nam powiedział, że do Linea Dorada – stwierdziłyśmy uparcie, pamiętając, że przecież rozmawiałyśmy o Linea Dorada.

No to pojechaliśmy na inny dworzec – do Linea Dorada, gdzie okazało się, że ich autobus odjeżdża o 15, a teraz o 10.30 to chyba coś jedzie z….. tak, tak…. właśnie z Alamo.
Nasz taksówkarz już odjechał, więc szybko znalazłyśmy innego, który z pewnymi problemami zawiózł nas z powrotem tam skąd odjeżdżała linia Alamo.

No cóż, pierwsze prawdziwe doświadczenie z hiszpańskim okazało się ciężkie i niezbyt dobrze to rokowało na przyszłość….

Oczywiście, napisałyśmy emaila z wyjaśnieniami do naszych współtowarzyszek, które miały się w tym hotelu zatrzymać się tydzień później – nie znały one hiszpańskiego więc chciałyśmy je uprzedzić. A one… ponieważ nie znały hiszpańskiego to oczywiście rozmawiały po angielsku (a okazało się, że właściciel całkiem dobrze mówił po angielsku) i żadnych problemów nie miały.

Quezaltenango.

Quetzaltenango, potocznie zwane Xela (czyt. Szela) to drugie co do wielkości miasto w Gwatemali – 125 tys. mieszkańców. Leży na wysokości 2333 m n.p.m. stąd jest tam dosyć chłodno i niestety czasami trzeba było chodzić w kurtkach.

IMG_2642
Quetzal to waluta Gwatemali, a także ptak, którego wcale nie jest łatwo zobaczyć w Gwatemali (coś tak jak orzeł w Polsce).

Dlaczego trafiłyśmy do Xela na początek?

Bo ja chciałam iść do szkoły i zastanawiałam się czy wybrać Xela czy Antigua. To drugie miasto było bliżej stolicy, cieplejsze, bardziej turystyczne, ale ja stwierdziłam…. że dalsza i mniej turystyczna miejscowość może się okazać bardziej autentyczna i ciekawa.

I nawet moje towarzyszki, które w Xela ciągle marudziły, że zimno i mokro i co mi w ogóle przyszło do głowy, po zobaczeniu Antigua (które nam się bardzo podobało), stwierdziły, że Xela to był jednak dobry wybór, bo była prawdziwa, a nie tak amerykańska jak pełna turystów Antigua.

IMG_2611

Jadąc do Xela podziwiałyśmy piękne górzyste tereny, a nasz książkowy przewodnik twierdził, że wokół  jest sporo to zobaczenia, więc… czemu nie?

Zrobiłyśmy sobie objazd po okolicznych kolonialnych kościołach. Ponieważ miejscowości były trochę od siebie oddalone, a nam zależało, żeby zobaczyć więcej niż jedną, w miejscowym biurze podróży kupiłyśmy wycieczkę. W wycieczce brałyśmy udział ja i Asia, a nasz kierowca był jednocześnie przewodnikiem. Okazało się przy okazji, że nasz hiszpański wcale nie jest taki zły (mimo wcześniejszych doświadczeń) i bez żadnego problemu możemy słuchać hiszpańskich wyjaśnień

San Andres Xecul.

To była pierwsza miejscowość – z kościołem, który jest na wielu widokówkach i na który od razu zwróciłyśmy uwagę w przewodniku. Kościół jest charakterystyczny bo jest BARDZO kolorowy. Cała fasada jest żółta, a postacie na niej umieszczone są również bardzo barwne.

Został zbudowany około 300 lat temu i od razu był pomalowany na żółto – bo tak chciał Bóg. Kościół jest regularnie odnawiany, ale zawsze pozostają oryginale kolory.

IMG_2686

W środku są święci i inne postacie – stroje kolorowe, w szklanych trumnach, a nad ołtarzem…. neonowy napis!

Katolicyzm katolicyzmem, ale jak sie juz trafi na izbe Swietego Szymona (San Simon) i mozna mu zapalic swieczke, to…czemu nie? Kazdy kolor swieczki oznacza cos innego – zolty ktory zapalilysmy obie ma nam przyniesc powodzenie, pieniadze i szczescie w milosci. Asia zapalila jeszcze dodatkowo czerwona (niektorzy to maja wymagania….). Były też wersje wielokolorowe – nie wiem czy to dla niezdecydowanych, czy pragnących zbyt wiele…

San Cristobal.

San Cristobal – piekny, biały i wielki koscioł. Jest siedem cudów w Gwatemali – ten właśnie jest na pozycji siódmej.
Akurat w mężczyzna go sprzątał –  podnosil po kolei wszystkie lawki i stawial je na boku – baaaardzo dziwny widok – okolo 50 lawek z jednej strony nawy stojacych na sztorc na srodku kosciola…

IMG_2755

A prze kościołem ślub: Panna młoda w białym welonie, ale reszta stroju była tradycyjna, a za nią orszak, wszyscy w tradycyjnych strojach.

IMG_2746

Salcaja

To miejscowość, w którym znajduje się najstarszy kościół w Ameryce Centralnej – liczy około 500 lat. Niestety otwierany jest tylko raz w tygodniu na msze oraz inne ważne uroczystości.

IMG_2761

Poszliśmy więc na targ, gdzie nasz przewodnik kupił kilka farbowanych kurczaków (po 1 qetzala sztuka), a ja znalazłam swoje ulubione rambutany.

A w domu obok, do którego zaprowadził nas przewodnik napiłyśmy się lokalnego wina owocowego. A potem kupiłyśmy butelkę – miała do nas wkrótce dołączyć reszta ekipy i trzeba było coś mieć na powitanie…

O nauce hiszpańskiego.

Nasza nauka w szkole języka hiszpańskiego Eureka rozpoczęła się w poniedziałek o ósmej rano. Plan na cały tydzień wyglądał następująco: od 8 do 12 nauka (z półgodzinną przerwą w trakcie), powrót do rodziny na obiad, a po południu lekcje od 14 do 16.

Co jest ciekawe w szkołach językowych w Gwatemali to fakt, że każdy student ma swojego indywidualnego nauczyciele – praktycznie nie ma zajęć grupowych, wszystkie są indywidualne.

Koszt: $145. Cena obejmuje: 30h nauki w tygodniu + zakwaterowanie u rodziny i 3 posiłki dziennie.

Maria, moja nauczycielka mówi wyłącznie po hiszpańsku – jest mniej więcej w moim wieku i na początek poznajemy się i rozmawiamy o tym, co będziemy robiły przez najbliższy tydzień. Maria jest przesympatyczna i dobrze się z nią rozmawia, co sprawia, że czas mija błyskawicznie. I tylko dwa razy poległam ze zrozumieniem – raz, kiedy słowo miało zupełnie inne znaczenie w hiszpańskim hiszpańskim, a drugi raz, kiedy usiłowano mi wytłumaczyć (bo nawet Rosa się dołączyła) znaczenie słowa cilantro. Ale niech będzie moim usprawiedliwieniem to, że kolendry nie lubię…..

Dołaczają do nas Elwira i Renata. Dwa dni wcześniej, tuż zanim wyleciały z Warszawy, zadzwoniłyśmy do nich, żeby je przekonać jednak do pójścia do szkoły i zamieszkania u rodziny – wcześniej umawiałyśmy się, że zatrzymają się w hotelu i poczekają parę dni, aż my skończymy naukę. Tak nam się jednak wszystko w Xela podobało, że stwierdziłyśmy, że fajnie byłoby, gdyby i one z tego skorzystały. „No dobra, niech będzie.” – powiedziała Elwira przez telefon, kiedy usłyszała, że nie ma czasu na zastanawianie się tylko ma się od razu zdecydować, co było dużym sukcesem biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej mówiły, że nauka ich nie interesuje.

Tak więc przed nimi 16h nauki od zera (prawie, bo umieją kilka zdań i umieją liczyć do 10).

I tak mija nam kilka dni. Aby nasza nauka była skuteczniejsza mieszkamy u rodzin. Ja u Esperanzy, Asia u Annabelli a Elwira i Rema u Roberta i Sandy (powiedziały, że skoro się nie mogą dogadać to się nie dadzą rozdzielić).

Codziennie rano spotykamy się w szkole – zajęcia odbywają się na patio i każdy siedzi przy swoim stoliku ze swoim nauczycielem! Po lekcjach mamy zajęcia dodatkowe – przygotowywanie tacos, wycieczka, wizyta w gorących źródłach…

IMG_2859

Przyznam szczerze, że pobyt w szkole okazuje się dużo lepszy niż się spodziewałam! Robimy trochę ćwiczeń gramatycznych, ale przede wszystkim dużo rozmawiamy. Ponieważ ja chcę się jak nawięcej dowiedzieć o życiu w Gwatemali to chodzę też sobie z Marią po mieście. Na przykład, ponieważ okazało się, że niewiele wiem o comida guatemalteca (jedzeniu w Gwatemali) to w czasie lekcji idziemy na rynek gdzie piję atole con arroz y chocolate (czyli czekoladę z ryżem), potem próbuję jeszcze napoju z kukurydzy, a Maria opowiada mi o kuchni. No i codziennie odwiedzamy inną kawiarnię (szkoła nie ma nic przeciwko temu, żeby zajęcia odbywały się poza szkołą).

IMG_2868

I tu w końcu widać, po co przydaje się język i nauka języka. Bo dogadać to bym się już wcześniej dogadała, ale w końcu jestem na poziomie kiedy mogę sobie POROZMAWIAĆ i to jest bardzo przyjemne.

Po tygodniu dostałyśmy z Asią piękne zaświadczenia, ktore czarno na bialym (a wlasciwie na bezowym) stwierdzaja, ze jestesmy na poziomie Avanzado B. Aśka twierdzi, ze trochę przesadzili z tym naszym poziomem zaawansowanym, ale…. w sumie to ładnie wyglada, prawda?

A żeby udowodnić, że nie tylko według mnie było fajnie, to zacytuję to co Rema napisała na moim blogu:

Tak naprawdę to wcale nie miałam zamiaru uczyć się hiszpańskiego, jako, że moje serce jest zarezerwowane dla włoskiego i Włochów. Cieszę się jednakże niezmiernie, że dziewczyny mnie do tego przekonały. Nie ma to jak potrafić się dogadać w podstawowych sprawach!!! a my z sister Elwirą po tych czterech dniach, czyli po 16 godzinach, naprawdę tego dokonujemy. Począwszy od zamówień w restauracji, pytania o drogę, pochwalenia dobrego posiłku i ładnej fryzury Sandy, u której mieszkamy, a skończywszy na zrozumieniu skomplikowanej instrukcji obsługi prysznica (tak by leciała gorąca woda czyli ‘aqua caliente’) i krótkich pogawędkach przy posiłku i zmywaniu naczyń. Nawet poflirtować z sister Elwirą byśmy potrafiły, a jakże: me gustas chico guapo (podobasz mi się przystojny gościu). Nauka bardzo mi się podobała, choć może trochę za dużo gramatyki jak na moją małą głowę, ale moja maestra Elisa bardzo się przykładała.

Podsumowując: połączenie intensywnej nauki w danym kraju z mieszkaniem u rodzin to naprawdę bardzo dobry pomysł, nie tylko na efektywną naukę, ale i zapoznanie się z życiem codziennym, kulturą i zwyczajami tutejszych mieszkańców.

Wszyscy kochają Esperanzę.

Podczas nauki w szkole mieszkam u Esperanzy. Esperanza wygląda jakby ją ktoś przeniósł żywcem z obrazka – typowy gwatemalski strój, warkocze, uśmiech na twarzy…

IMG_2892

Esperanza gotowała nam typowe gwatemalskie potrawy, opowiadała o Gwatemali. Jej teściowa uczyła Alison słów w k’iche – lokalnym języku Majów. Czasem wpada do kuchni Gerardo, jej maż i dwóch synów, ale to Esperanza zajmuje się swoimi gośćmi. Typowa ama de casa:)

Pisząc o Xela, nie mogę nie wspomnieć o naszej wizycie na cmentarzu. Co prawda, Maria, moja nauczycielka mnie lekko opieprzyła, że się tam wybrałyśmy, ale jak usłyszała, że w niedzielę to powiedziała, że OK., to wtedy jest dużo ludzi i nikt nie napada na turystów. My w każdym bądź razie, po przeczytaniu informacji w przewodnikach, że cmentarze bywają niebezpieczne trzymałyśmy się jednak główniejszych alejek, a i tak w trakcje podszedł do nas pewien facet i powiedział, żeby uważać, pokazując na kilkuosobową grupę nastolatków…. (więc postanowiłyśmy trzymać się bliżej konduktu pogrzebowego).

IMG_2672

Groby są kolorowe – wrażenie jest niesamowite, zwłaszcza jak się stoi przed RÓŻOWYM grobem. A cmentarz w Xela był niesamowity jeszcze z jednego powodu – był z widokiem na wulkan.

Chickenbus.

Do Chichicastenango, gdzie dwa razy w tygodniu jest największy targ ruszamy chickenbusem – to taki stary amerykański, szkolny autobus pomalowany na przeróżne kolory.

Fajny, tylko strasznie się te autobusy wszędzie śpieszą i pełno w nich ludzi. Na dwuosobowym siedzeniu, obok mnie i Asi zmieścił się jeszcze jeden całkiem gruby facet. Al. ogólnie było ok., bo jak Remie przyszło do głowy wyskoczyć na jakimś postoju do wc, a autobus chciał odjechać, to nasz towarzysz od siedzenia zatrzymał kierowcę krzycząć Dos gringas faltan! (czyli: brakuje dwóch białych), musiał co prawda krzyknąć to kilka razy, ale udało się.

Chciałam sfotografować pierwszego chickenbusa, którym jechałam, ale niestety…. tak szybko odjechał, że bagaże z góry to już nam w biegu rzucali….

IMG_4580

Dzień targowy w Chichi.

Targ w Chichicastenango odbywa się dwa razy w tygodniu – w czwartki i w niedziele, ale rozstawianie straganów zaczyna się już dzień wcześniej pod wieczór i wtedy jeszcze jest spokojnie, nikt aż tak nie zaczepia.

Na targu jest przede wszystkim KOLOROWO – aż oczopląsu można dostać. Ponieważ bardzo lubię kolory to trudno się oprzeć i czegoś nie kupić!

IMG_2937

Pełno jest też tu pucybutów – czasami mężczyźni, czasami mali chłopcy, którzy noszą ze sobą mały stołeczek i skrzynkę – cały swój zestaw do pracy.

IMG_2930

Kobiety, zupełnie tak jak to wcześniej widziałyśmy w Afryce, noszą dzieci na plecach, zawinięte w chusty i koce – tylko ich kolory się różnią i dzieci są mocniej opatulone – czasami wręcz nie wiadomo, czy to tobołek na plecach czy dziecko.

IMG_2915

Ja w każdym biedniejszym kraju – na targu dużo dzieci, część na plecach mam, część siedzi gdzieś obok rodziców, a te większe sprzedają drobne rzeczy turystom i na nie Nie, dziękuję, nie potrzebuję. odpowiedzą: Ależ tak, potrzebujesz, potrzebujesz…

Targ odbywa się tez na schodach kościoła – kwiaty, żarówki, bieżniki i co tam jeszcze….

Lago Atitlan.

Jeden z naszych książkowych przewodników (a miałyśmy aż cztery!) nazwał Panajachel, miateczko nad jeziorem Atitlan: Gringotenango. To taka nazwa na zasadzie skojarzeń, bo Gringo to biały, a –tenango to typowe zakończenie wielu miejscowości (np. Quezaltenango, Chichicastenango). No i faktycznie, tutaj już jest sporo gringos.

Atitlan jest ogromnym jeziorem otoczonym przez wiele małych wiosek i wcale nie takich małych miasteczek. Nie ma tam za wiele do zwiedzania, ale przyjemnie jest pochodzić sobie po różnych uliczkach, kiedy świeci słońce, bo W KOŃCU jest ciepło!

IMG_3073

Jezioro jest piękne – czasami kolory przypominają wręcz kolory tropikalnego morza. No i jeszcze do tego te wulkany w oddali….

IMG_3077

Aby zwiedzić okolice wynajęłyśmy łódkę – tutaj nazywa się ona ‘lancha’. Podróż i zwiedzanie były dosyć przyjemne, powrót już nieco gorsze, bo nasz ‘kierowca’ bardzo się śpieszył i lancha skakała po popołudniowych większych falach, a my razem z nią (mocno trzymając się burty).

W Santiago Atitlan – największym miasteczku nad jeziorem, faceci noszą nie tylko kapelusze, ale jeszcze na dodatek typowe dla tego miasta spodnie w paski. Jest to o tyle zaskakujące, że to największa miejscowość w okolicy i przez to dosyć turystyczna, a jednak wiele osób nosi tak tradycyjne stroje. Ciekawe jest również to, że te spodnie są… krótkie!

Antigua.

Gwatemala to kraina wulkanów. W okolicy Xela bylo ich chyba ok. 13 – w tym jeden który miał ok. 4400 m. To jak polowa Mount Everestu – powiedziala mi Lindsay, ktora wybrała sie tam na dwudniowy trekking – i wcale nie zamierzam się przyznawać znajomym, że wejście zaczynało się na ok. 3000 m. – dodała później.

My jednak w Xela miałyśmy za mało czasu, a poza tym zniechęciły mnie jej opowieści o chorobie wysokościowej, na którą cierpiała ona i kilka innych osób z grupy i dlatego na wulkan postanowiłyśmy wejść dopiero w Antigua.

Antigua jest bardzo ale to bardzo turystyczna (może nie tak jak Paryż czy Berlin, ale jak na obecne warunki to bardzo….:)  ale mimo to urocza. No i w którą stronę się człowiek nie spojrzy to zawsze widać wulkan…

IMG_3134

Wulkan Pacaya zdobyty!

Wulkan Pacaya ma 2552m i według przewodnika to najłatwiejszy wulkan do wejścia. No i między innymi właśnie NA NIEGO postanowiłyśmy wejść. W związku z tym, że najłatwiejszy, spodziewałyśmy się lekkiego spacerku, ale wcale nie było tak łatwo! Czasami było trochę stromo, ale to nie było problemem, problemem był piasek wulkaniczny wsypujący się do butów, oraz duże kamienie, które się usuwały spod nóg i nawet nie było się czego złapać, ani przytrzymać, bo były strasznie ostre. Pod koniec miałam wrażenie, że wchodzimy na górę usypaną z koksu.

IMG_3230

Ale było warto! Płynąca lawa naprawdę robi wrażenie!

IMG_3213

CDN.

Gwatemala, lipiec 2009