Link do części pierwszej: http://amusedobserver.com/psychodeliczna-jijiga-etiopia-cz-9/

Wyjeżdżając z Jijigi miałyśmy nadzieję, że w drodze powrotnej po prostu ją szybko ominiemy, przesiądziemy się z jednego autobusu do drugiego i zostawimy to psychodeliczne miasto za sobą.

– Nic już dziś nie jedzie – poinformował nas zagadnięty na dworcu mężczyzna. Inny tylko to potwierdził.
– Nie ma miejsca – słyszałyśmy w każdym miejscu, w którym pytałyśmy o nocleg. Czy na pewno nie ma miejsca? A może nas tu po prostu nie chcą?
Celowo ominęłyśmy ulicę, na której mieszkały dziewczynki. Były przemiłe, ale wspomnienie śniadania okazało się traumatyczne: mimo ciągłego zafascynowania injerą, jedzenie jej na śniadanie, a nie na obiad, i to w ilości przekraczającej nasze cztery obiady, zdecydowanie nas przerosło. Wiedząc, że odmawianie jest niegrzeczne (zwłaszcza kiedy ktoś specjalnie dla ciebie urwie kawałek placka, zwinie razem z nadzieniem i poda do ust) walczyłyśmy dzielnie. Kęsy były wielkie i z trudem mieściły się w ustach. Przeżuwając, niemal ze strachem obserwowałyśmy kolejny trzymany kawałek, który miał trafić do ust tej, która pierwsza przełknie poprzedni kęs. Walczyłyśmy dzielnie, ale w końcu trzeba było się poddać i przyznać, że więcej już nie damy rady.

Injera na śniadanie
Injera na śniadanie: spójrzcie tylko na miny!

– Czy są jakieś wolne pokoje? – zapytałyśmy po raz kolejny, a kobieta skinęła głową, raczej domyślając się, o co nam chodzi niż rozumiejąc, bo na tym niestety nasza rozmowa się urwała. Menedżer hotelu, który pojawił się chwilę później, angielski znał niewiele lepiej, ale zrozumiałyśmy, że nie ma mowy, żeby trzy osoby spały w jednym pokoju. Nie bo nie, nawet za wyższą cenę.

Stałyśmy więc pośrodku holu. W fotelu rozsiadł się Etiopczyk ze Szwecji, który po chwili zastanowienia, chyba z nudów, postanowił nam służyć za tłumacza. Menedżer przeszukiwał bagaże dwóm somalijskim braciom bliźniakom, którzy lecieli do Indii na studia. Nie wiedziałyśmy co robić.

– Hej, jesteście dziennikarkami? – pyta niespodziewanie jeden z bliźniaków, a jego angielski brzmi tak, jakby uczył się wyłącznie z amerykańskich filmów akcji.

– Uff! Udało się! – piętnaście minut później po wejściu do pokoju z ulgą opadłam na łóżko. Skąd mogłam wiedzieć, że jego drugi koniec gwałtownie uniesie się wysoko w górę? Losujemy, kto śpi na zepsutym.

IMG_20130731_082754Nasz pokój. Jedyny jaki udało nam się znaleźć.

Odrzuciwszy zaproszenie bliźniaków na kawę/herbatę/drinka, przyjmujemy propozycję neurotycznego Etiopczyka z drugiego końca korytarza, który obiecuje zaprowadzić nas na dobrą kolację.

– Widziałem was na granicy – sympatycznie zagaduje mężczyzna na korytarzu, a jego liczna rodzina macha nam z wnętrza pokoju znad podłogi zastawionej garnkami i talerzami. No tak, nie pierwszy raz to słyszymy, trudno przecież nie zauważyć trzech białych dziewczyn w tak nieturystycznym rejonie.

IMG_2041
Gdzieś przed granicą. W jednym miejscu zakopało się chyba z sześć samochodów.

Wychodzimy z hotelu. Zapominamy na chwilę o rozwalonym łóżku, łazience bez wody i pluskwach, ukrywających się gdzieś z pewnością. Idziemy do ukrytej za rogiem knajpy, jednego z takich miejsc, które czasami trudno znaleźć samodzielnie, a jeszcze trudniej się w nim dogadać. Cieszymy się więc z towarzystwa.

– Gosza! Gosza!  – nagłe krzyki wyrywają mnie ze snu. – Obudź się! Jest już 10!
Walenie w drzwi nie ustaje. Za oknem ciemna noc. Spoglądam na zegarek, jest czwarta rano… Cholera, ten etiopski czas! Leżę z nadzieją, że bliźniakom się znudzi walenie do drzwi. Są wytrwali: walą i krzyczą. Nie chce mi się wstawać i ich opieprzać, postanawiam przeczekać. Rano dowiaduję się, że Eliza też czekała aż przestaną…
Tylko Gosia, nie wiedziała o co nam chodzi, bo przespała noc w zatyczkach do uszu.

 

  • Czy Etiopczycy chętnie zapraszają do swoich domów, czy raczej podchodzą z dystansem postrzegając białe twarze przez pryzmat bufonów z hajsem?

    Pozdrawiam,
    Jak To daleko

    • Raczej się tym nie spotkałam. Myślę, że wynikało to przede wszystkim rzeczy: byłyśmy aż trzy (a im więcej osób tym mniej prawdopodobne , że Cię gdzieś zaproszą), większość naszych kontaktów była z mężczyznami – bo to oni się zajmują turystyką i oni znają angielski,

  • Mam wrażenie, że nie chcesz przekonać do wyjazdu w tamte kierunki ;) Przerażają mnie te opowieści.

    • Patrycja, w ogóle nie wiem o co ci chodzi – to są zawsze świetne wspomnienia :) I bardzo barwne – na długo zapadają w pamięć.
      A podróżuję w miejsca bezpieczne, czasami tylko upierdliwość bywa większa – ale trzeba po prostu jechać z innym nastawieniem niż gdyby się zwiedzało miłe europejskie miasteczka :)

  • Ha ha…przypomniały mi się Indie! To jest ta Afryka, która właśnie jawi mi się jako nie lada wyczyn. Taka, do której się zbieram, bo wiem, że tak też może być: aklimatyzacja do innej kultury, aklimatyzacja do tego, że jesteś traktowana jak egzotyczne zwierzątko w cyrku, które należy zamęczyć ciekawością i wreszcie, że bez pieniędzy ani rusz! Lubię czytać Twoje opowieści z drogi, takie „raporty” na gorąco. Są autentyczne, czuje się klimat miejsca.

    • Przed pierwszym wyjazdem też wydawała mi się nie lada wyczynem. Teraz wiem, że po prostu trzeba mieć inne założenia, nastawienie i i na inne rzeczy zwracać uwagę. Z pewnymi rzeczami jest trudno, bo nie jesteśmy do nich przyzwyczajeni – i w takich właśnie sytuacjach pomaga trochę więcej pieniędzy – rozwiązują problemy, a nawet jeśli nie są akurat potrzebne, to pozostaje przekonanie, że jeśli trzeba by było to się je ma – bardzo dobrze to wpływa na psychikę ;)

  • Hahhaha, widzę, że w Etiopii podobnie jak w Kenii liczy się czas od wschodu słonca. Czyli, że nasza siódma to ich pierwsza rano. Za nic nie umiem się przestawić i przyzwyczaić do takiego liczenia :)

    • O proszę, nie wiedziałam, że w Kenii też :)
      Dla mnie to był kosmos – zwłaszcza, że nigdy nie było wiadomo czy podają godzinę już przeliczoną dla turystów czy wg swojego czasu :)

  • Cała Etiopia wydaje mi się psychodelicznym krajem. :p

  • Przerażające i podziwiam za odwagę:)
    Mimo wszystko fascynują mnie tamte tereny.