Do Singapuru trafiłam przez przypadek….szłam sobie tajską uliczką zastanawiając się co zrobić z dniami które pozostały mi jeszcze w Azji i nagle zobaczyłam w jakiejś agencji rozkład jazdy autobusów….a na samym końcu był Singapur.

Dwa dni później siedziałam w autobusie (a raczej autobusach), które mnie wiozły na południe. Całkowicie straciłam poczucie czasu, bo zegarek nie przeżył wcześniejszego nurkowania, telefon padł w trakcie drogi, a większość ludzi wysiadła po drodze i na koniec zostało tylko kilku śpiących ludzi i siedząca z tyłu Angielka, którą to razem ze mną nasz kierowca nie wiadomo dlaczego zostawił na granicy.

Singapur nie jest dużym miastem więc spokojnie sobie dojechałyśmy do centrum, znalazłyśmy nocleg i….udałyśmy się na pierwszy spacer zaczynając od śniadania.I tu właśnie, od razu na samym początku, dochodzę do najważniejszej rzeczy: jedzenia.

Tak jak ogólnie cierpiałam z powodu jedzenia w Azji – to za dużo ryżu, to zupa na śniadanie, to za pikantnie, to nie te przyprawy:D:D…. to Singapur pod tym względem okazał się dla mnie RAJEM.Po wejściu do pierwszego hawker store z kilkunastoma stoiskami oferującymi różne rodzaje potraw po prostu oniemiałam – obrazki były takie, że od razu moje ślinianki zaczęły mocniej pracować i mimo głodu nie mogłam się zdecydować co wybrać.

I tak kilka dni spędzonych w Singapurze upłynęło mi pod znakiem próbowania lokalnej kuchni – już drugiego dnia nie wiedziałam czy kupować to co już jadłam czy czegoś nowego – w rezultacie robiłam to i to jedząc 5 posiłków dziennie przeplatając je różnymi przekąskami.

Kuchnia singapurska to tak naprawdę mieszanka kuchni – więc próbowanie polegało na próbowaniu kuchni hinduskiej, malajskiej, chińskiej, azjatycko-europejskiej….. Do moich aboslutnych faworytów jako przekąski należały curry puffs –  małe pierożki wypełnione kurczakiem i ziemniakami……

Odważnie próbowałam też duriana w różnych wersjach mimo, że ten śmierdzący owoc nie należy do moich ulubieńców. No, ale czemu nie spróbować ciasta z durianem, które tak apetycznie wyglądało na wystawie….?

Obraz 1565

Spróbowałam ice kachang – czyli najdziwniejszych dla mnie lodów składających się z rozkruszonego zwykłego lodu, polanego sosami i posypanego….kukurydzą i fasolą.

Obraz 1653

Jadłam coś o nazwie laksa - czyli dosyć pikantną zupę z makaronem ryżowym, owocami morza i jajkiem w środku.

Obraz 1654

O chendolu przeczytalam dopiero potem w przewodniku, bo podczas wizyty w dzielnicy hinduskiej zobaczyłam ‚coś’ kupowanego przez kilka osób i powiedziałam do sprzedawcy: ja chcę to co ci ludzie przede mną, a on się tylko roześmiał i zapytał czy nie chcę najpierw się dowiedzieć co to jest:) I to coś okazało się mrożonym mlekiem kokosowym z syropem palmowym i zielonymi galaretkami w kształcie robaków.

Obraz 1514

Były jeszcze: lassi, milk burfi, bubur hitam, mee siam, dim sum, satay, mutton curry i wiele wiele innych których nazw albo nie pamiętam, albo nawet nie wiem co to było.

Tak więc kilka dni minęło mi bardzo szybko. I tak jak zawsze w czasie moich podróży posiłki stanowią przerywnik w poznawaniu nowych miejsc, tak tym razem poznawanie nowych miejsc stanowiło przerywnik w zdobywaniu doświadczeń kulinarnych.Moglabym wam tu napisać i o wyspie Santosa i o nocnym safarii w zoo, ale to by była jedynie zwykła relacja, a ja wolałam wspomnieć o czymś co mnie zafascynowało:) I postanowiłam sobie, że następnym razem kiedy będe podróżować gdzieś do Azji, muszę lecieć przez Singapur. Niestety nie wiem kiedy to będzie.

Obraz 1591