Był jeden, jedyny powód, dla którego zmieniłam trasę podróży i znalazłam się w Argentynie: steki i wino.

O prawdziwych stekach marzyłam od dawna, ale obawiałam się, że to marzenie nieprędko się spełni. Polskie restauracje co prawda oferują steki z wołowiny brazylijskiej czy argentyńskiej, ale ceny absolutnie nie zachęcają do próbowania – a poza tym zawsze myślałam, że to nie będzie to samo (i jak się miało później okazać – miałam rację). W sklepach można znaleźć wołowinę z importu – ale pojawia się kolejny problem: jak zrobić stek idealny, jeśli nie mam pojęcia jaki on ma być, bo nigdy wcześniej go nie próbowałam. Polska wołowina? Loteria – raz lepiej, raz gorzej, ale często nie wiadomo na co się trafi.

Żyłam więc marzeniami do chwili kiedy znalazłam się na południu Boliwii i pomyślałam, że skoro te wyśnione argentyńskie steki są tak blisko, to grzech byłoby nie jechać i nie spróbować. Pojechałam więc.

W drodze do granicy zaczęłam się dokształać, bo nagle zrozumiałam jak wielka jest moja niewiedza. Wydawało mi się, że stek to stek – co najwyżej może być różnie wysmażony. Po lekturze przewodnika i paru innych źródeł byłam odrobinę mądrzejsza – ale tylko odrobinę, bo znałam już nazwy po hiszpańsku i po angielsku, ale nadal nie do końca miałam pojęcie jak to się wszystko nazywa po polsku.

Pora kolacji.
Jak sie okazało na samym początku – pora posiłku jest bardzo ważna: kolację należy jeść późno. Tę naukę przypłaciłam dosyć dużym głodem w pierwszym mieście, którym się pojawiłam w Argentynie. Salta była… europejska. Ta pierwsza opinia o Argentynie nie opuszczała mnie już do końca podróży. A więc zrobiłam ze znajomymi to co byśmy zrobili w Europie: pozwiedzaliśmy, powłóczyliśmy się i późnym popołudniem postanowiliśmy znaleźć jedną z polecanych knajp. Pierwsza: zamknięta. Druga: zamknięta. Zdziwiło nas to:
– Czy w poniedziałki niektóre restauracje są zamknięte?
– Nie – kobieta, którą zatrzymaliśmy na ulicy zaczęła się głośno śmiać – Po prostu wy jesteście tu o wiele za wcześnie! Wróćcie koło dziewiątej.

Była piąta albo szósta, a my byliśmy głodni. Dla znajomych też miał być to pierwszy argentyński stek więc postanowiliśmy, że damy radę – wytrzymamy.
Zdecydowanie było warto czekać! Kończąc kolację wiedziałam jedno: ja te steki będę jeść codziennie! I będę je popijać winem.

20140731_230352Tak wygląda restauracja o godzinie 20 – dużo wolnych stolików.
Restauracja Gran Parrilla de Plata (Buenos Aires)

20140731_224140 Ta sama restauracja o godzinie 22 (czekałam na stolik 45 minut).

Hiszpańskie słówka, które warto znać:
(bien) cocido (lub: bien hecho) – dobrze wysmażony
a punto – wysmażony (jak podaje przewodnik: jak się nie sprecyzuje jaki stek się chce, to dostanie się właśnie a punto), powinien być to odpowiednik angielskiego medium, ale to co ja dostałam zdecydowanie było ‚wysmażone’ a nie średnie).
jugoso – średnio wysmażony (po angielsku raredla mnie był on właśnie średni – góra i dół wysmażone, a środek różowy)
vuelta y vuelta – krwisty (źródła odradzały zamawianie takiego twierdząc, że dostanie się prawie surowego steka).

Lektura wielu internetowych stron dowiodła, że nawet sami Argentyńczycy nie do końca mogą się zgodzić co opisuje każdy zwrot.
Dla mnie stekiem idealnym okazała się wersja jugoso. I faktycznie, tak jak napisano w przewodniku, kiedy raz zapomniałam powiedzieć co chcę, dostałam wersję ‚a punto’.

Co można zamówić:
Bife de chorizo (ang. sirloin)
Bife de costilla (ang. T-bone)
Bife de lomo (ang. tenderloin)
Ojo de bife (ang. rib eye)
Tira de asado (ang. short ribs)
Vacío (ang. flank steak)
Matambre (ang. thin flank steak)

i wiele wiele więcej. Przyznam, szczerze, że wciąż mam problem z polskimi nazwami – w polskich artykułach często występują nazwy angielskie, a niemożliwość tłumaczenia wynika też z różnego rozbioru mięsa.
Problem miałam też w Urugwaju (kolejnym ‚stekowym’ kraju gdzie okazało się, że niektóre hiszpańskie nazwy są inne).

Najbardziej typowe steki dostępne w polskich sklepach (coraz częściej można kupić naprawdę dobre kawałki) to:
stek z polędwicy (ang. tenderloin)
stek z rostbefu (ang. sirloin)
stek z antrykotu (ang. rib eye)

Znalazłam ciekawy blog, gdzie jest wpis o rodzajach steków – jeśli ktoś chce poczytać więcej (a jeśli ktoś wszystko zrozumie – to chętnie posłucham wytłumaczenia BEZ angielskich słówek i zwrotów ;) )

Poniżej mój pierwszy stek (Bife de chorizo)  w Buenos Aires (restauracja Gran Parilla de Plata ze zdjęć powyżej).
– Nie miałam pojęcia że zamawiając steka, zamawiam tylko mięso bez żadnych dodatków. Po złożeniu zamówienia przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że mogłabym zapytać, ale w końcu postanowiłam poczekać. Kelner przyniósł duży talerz, a na nim dużego steka i nic więcej.
450g to naprawdę dużo! Wszystkie steki były duże – od 400 do 600 gram. Idealne dla dwóch osób do podziału – samodzielnie nie udało mi się go zjeść.
– Dodatki widoczne na stole (chleb i sosy) są podawane gratis – okazały się całkowicie wystarczające do obiadu i zawsze następnym razem zamawiałam podobnie – steka bez dodatków.
– Butelka wina na zdjęciu ma 400ml. Byłam sama i zastanawiałam się co brać: lampkę czy taką małą butelkę. Lampka wina wydawała się zbyt małą ilością, a dwie lampki równały się cenie wina. Po obiedzie doszłam do wniosku, że do takiej ilości mięsa potrzebna jest cała butelka.
– Kolacja widoczna na zdjęciu kosztowała mnie poniżej 50 zł.

20140731_221328
Bife de chorizo w przekroju – średnio-wysmażone (jugoso):

20140731_221723

Zawsze byłam przekonana, że najlepszy stek to stek z polędwicy wołowej. I koniecznie musi być dobrze wysmażony. Dwa razy więc bardzo się zdziwiłam. Za pierwszym razem, kiedy sie okazało, że stek idealny to dla mnie stek prawie krwisty, a za drugim razem kiedy zamówiłam steka z polędwicy.
Nie zrozumcie mnie źle – gdybym go robiła sama w domu, uznałabym, że mam obiad idealny. Ale tam, kiedy miałam taki wybór, wysmażony stek z polędwicy okazał się po prostu… stekiem bez charakteru.

DSC02457-2

W poszukiwaniu jedzenia staram się zawsze odejść od głównych ulicy – wtedy często trafia się do tańszych miejsc, mniej turystycznych. Czasami jednak warto zapomnieć o tej regule. Bardzo smaczny posiłek znalazłam przy głównym turystycznym deptaku – i to na dodatek znalazłam go dzięki przewodnikowi Lonely Planet, który opisywał to miejsce tak: tania parrilla, w małej, dyskretnej knajpie na Lavalle. Faktycznie, była dyskretna i nie pozorna – na początku przeszłam obok wcale jej nie zauważając. Przewodnik polecał choripan, ale ponieważ byłam głodna zdecydowałam się na steka (tym bardziej, że były małe i to jako danie dnia – więc cena była bardzo rozsądna – a w cenie jeszcze frytki i napój).
Na talerzu poniżej vacío (ang. flank steak) – wygląd niezbyt zachęcająco, ale w smaku był na naprawdę dobry – na tyle dobry, że wróciłam jeszcze do tego miejsca na polecany w przewodniku choripan.

DSC02409

Słowo bife oznacza stek, zamawiając należy więc powiedzieć jaki stek chcemy, może to być wspomniany wcześniej (i mój ulubiony) bife de chorizo.
Samo chorizo to kiełbaska, a choripan to bułka z kiełbaską, którą można polać jakimś stojącym obok sosem (ja miałam sos pomidorowo-cebulowo-pietruszkowy). Choripan jest przekąską niedrogą, smaczną i popularną, na zdjęciu widać rozłożone bułki czekające na kiełbaski, które wciąż się jeszcze pieką z tyłu.

DSC02438-2
Do restauracji Desnivel poszłam już nie na choripan, chociaż ogromna sterta bułek i kolejka oczekujących osób sugerowały, że to może być dobre miejsce na małą kanapkę. Ja była jednak bardzo głodna, a restauracja Desnivel w wielu rankingach była opisywana jako jedna z najlepszych restauracji za rozsądną cenę.

DSC02592
Niestety, ta tak chwalona restauracja okazała się moim największym kulinarnym rozczarowaniem. Po wcale niekrótkiej walce z niesmacznym i żylastym mięstem poddałam się – zjadłam frytki, wypiłam piwo i poszłam dalej zastanawiając się czy to restauracja kiepska czy po prostu żeberka wołowe to nie jest to co lubię (stąd też nie będę pokazywała żeberek w zbliżeniu – nie warto).
DSC02591
O tym, że żeberka wołowe to jednak zdecydowanie może być TO przekonałam się dopiero w Urugwaju. Sama, po jednym przykrym doświadczeniu już bym ich w życiu nie zamówiła, ale Gareth, którego poznałam chwilę wcześniej na wycieczce, miał ogromną ochotę na żeberka. Urugwajskie porcje na szczęście okazały się równie duże jak argentyńskie i dzięki temu mogła skosztować wyśmienitych, miękkich żeberek w jeden z licznych mięsnych restauracji w Merdaco de Puerto.

DSC02813
Sama wyjątkowo zamówiłam nie steka, ale kaszankę (morcilla) – bardzo smaczna – jeśli ktoś oczywiście lubi kaszankę, ja bardzo. Bardzo podobna jednak do polskiej kaszanki.

DSC02812
Zdecydowany minus samodzielnego podróżowania to trudność w znalezieniu kogoś kto czasami chciałby wydać trochę więcej na dobre jedzenie. Backpacerzy zazwyczaj oszczędzają – albo na piwo, albo na wszystkim. Owszem łatwo znaleźć backpackera, który pójdzie na drinka, do klubu, na pizzę czy inny fastfood, ale nic więcej. Przeciętny backpacker boi się też niestety często lokalnego jedzenia – do taniej jadłodajni łatwiej go zaciągnąć ze względu na cenę, ale też często brak mu odwagi (a czasem umięjętności językowych) na zapytanie co to jest?
Oczywiście znam też takich ludzi, którzy chętnie próbują, ale przyznam szczerze, że są z mniejszości.

Z Garethem usiadłam przy barze, bo był ostatnią osobą, która miała pytania do naszej przewodniczki, a jedno z pytań było pytaniem, które sama chciałam zadać: co tu dobrego można zjeść?
Zjedliśmy więc razem rozmawiajać i dzieląc się naszym uwielbieniem do nie za bardzo wysmażonych steków i czerwonego wina. Jak już wspomniałam, niełatwo spotkać osobę zafascynowaną dobrym jedzeniem więc wniosek mógł być tylko jeden: idziemy razem na kolację.

Czekając godzinę na wolny stolik w poleconej ponoć dobrej (okazało się potem, że bardzo dobrej) knajpie La Pedriz (Kuropatwa) bardzo zgłodnieliśmy. Studiując menu pamiętaliśmy o ogromnych porcjach i zamówiliśmy tylko dwa steki z dodatkami (były w cenie) i dwie butelki wina do podziału na trzy osoby. I tak okazało się to tak ogromną porcją, że nikt nie dał rady dokończyć deseru. Estera, którą zabraliśmy ze sobą, i dla której były to pierwsze dni w Ameryce Południowej nie bardzo wiedziała o czym mówimy czytając menu i całkowicie zdała się na nasz wybór, chciaż, jak sama później przyznała, nigdy w życiu by nie zamówiła tak słabo wysmażonych steków.
(Estera była pierwszą ‚prawdziwą’ Polką, którą spotkałam w czasie mojej podróży – ‚prawdziwą’, bo wszyscy inni spotykani Polacy byli albo z Kanady, albo z USA, albo z Ekwadoru, albo z Bogoty. Wszyscy spotkani Polacy byli bardzo sympatyczni – zupełnie nie rozumiem tych, którzy twierdzą, że do rodaków za granicą nie należy się przyznawać)>

Kolacja w La Pedriz była też niestety najdroższą kolacją jaką zjadłam w czasie całej podróży (a jak się dobrze zastanowię to pewnie okaże się, że to była w ogóle najdroższa kolacja jaką gdziekolwiek zjadłam w ostatnich latach), koszt za dwa duże steki z dodatkami + 2 butelki wina + 3 desery = ok. 100zł/osoba.
Urugwaj niestety okazał się najdroższym odwiedzonym krajem (było to widać nawet po cenie frytek w McDonalds’).

DSC02837
Wjeżdżając do Argentyny wiedziałam, że czerwone wino będzie idealnym dodatkiem do steków, nie miałam pojęcia, że będzie tam jeszcze jeden fantastyczny dodatek – sos chimichurri.
Spróbowałam raz, potem drugi, a za każdym kolejnym razem już nie miało najmniejszego znaczenia, że jest w nim dużo czosnku.
Zrobiłam go też kilkakrotnie po powrocie do domu – wszystkim smakował. Przepis TU.

DSC02692
Nie opisałam tu każdego zdjedzonego steka, nie pokazywałam też wszystkich zjedzonych steków na zdjęciach na facebooku w czasie podróży, bo doszłam do wniosku, że gdybym to robiła, niektórzy mogliby powiedzieć, że zwariowałam.
Podsumowując moją krótką kulinarną podróż po Argentynie i Urugwaju mogłabym powiedzieć tak: Dzień bez steka to dzień stracony.
Myślę, że w ciągu tych około 10 dni zjadłam więcej mięsa niż w Polsce zjadam przez rok, bo tak naprawdę to… ja wcale nie przepadam za mięsem.
Prawdziwy stek zjedzony w Argentynie i popity argentyńskim winem był moim marzeniem od dawien dawna i powiem wam, że warto było zmienić plan podróży tylko po to, żeby go spróbować!

  • ja tez lubie popatrzec i poczytac :)

  • Już wczoraj sobie smaka narobiłam czytaniem o nich.

  • fuj…

  • O kurczę, toż to prawdziwy mięsny raj, a w połączeniu z czerwonym winem to już raj dla podniebienia (przynajmniej dla nas, mięsożerców) :) Niestety jedyne co próbowałem to rostbef z lidla więc moje pojęcie na temat czerwonego mięsa jest daremne :D Aha! Stek wysmażony wysmażonym, a co z grillowanym? :)

    • Raj to był, Paweł!
      Co do steków to w sumie nie wiem jak one były robione – tzn. niby widziałam, te blachy na paleniskach, ale jak ot określić inaczej niż ‚wysmażony’ po polsku? nic innego nie pasuje :)

  • Zgłodniałem po przeczytaniu posta ;)

  • Uwielbiam restauracje gdzie na moich poczach przygotowują jedzenie. Czy to pizzeria czy steak hous. Jakoś zawsze lepiej smakuje a zaczyna się jedzenie oczami :)

  • OMG! jak będziesz pisać o rybkach to daj mi znać! Nie jadam czerwonego mięsa a zapach kaszany pewnie doprowadziłby mnie do omdlenia hahahaha … ba ale znam taką, która dała by się za bifa pochlastać a chorizo to by jadła jako przekąskę : ))) nie powiem, wygląda apetycznie, szczególnie żeberka. Nie dziwie się, że wino leje się tam litrami :))) piłaś jakieś? Polecasz? winko bym wypiła!

    • Cały post o rybach i owocach morza w Chile będzie – bo tak jak w Argentynie zachwycałam się stekami, tak w Chile owocami morza.
      Wino – Malbec głównie…

  • Oststnio sama sprobowalam sosu chimichuri i bardzo mi zasmakowal! Niestety, w Boliwii go nie podaja, ale tu, zamawiajac steki (szczegolnie w drozszych restauracjach), ma sie do dyspozycji salad bar z sosami i dodatkami za friko:) Boliwijskie mieso niestety ma sie nijak do argentynskiego…

  • Widzisz, babcia zawsze mówiła, żebym zostawił ziemniaczki i zjadł chociaż mięsko, ale ja jak zwykle na odwrót.

  • Pingback: Buenos días Buenos Aires cz. I - niesmigielska.com | fotografia, podróże i niewybredne żarty()

  • Ja do mięsożerców nie należę ale informacje odnośnie późnej kolacji zanotowałam. Na pewno się przyda, z resztą podczas prawie każdego wyjazdu.

  • Alicjares

    Ja za miąskiem nie przepadam, ale dla mięsożerców Twój wpis to całe morze przydatnych informacje:) Bardzo fajny !!!!