Zawsze marzyłam o dobrej, dużej lustrzance. Tak, właśnie tak, wierzyłam, że jak duża to na pewno dobra, bo przecież nic małego nie może być dobre.

Moj tata miał lustrzankę (taką na kliszę, bo było to jeszcze długo przed nadejściem ery cyfrowej), ale nie wolno mi było jej używać. Nawet kiedy nauczył mnie jak wywoływać zdjęcia w ciemni to wciąż były to tylko zdjęcia robione małym, prostym aparatem. Lustrzanka była poza moim zasięgiem przez bardzo długi czas: była zbyt droga, zbyt poważna, zbyt dobra dla mnie.

karta 1 582Canon Ixus 50

Kiedy aparaty cyfrowe stały się popularne chciałam jedynie mieć coś małego, coś co zmieściłoby się w kieszeni. Po jakimś czasie zapragnęłam czegoś lepszego, a potem jeszcze lepszego. I wtedy właśnie kupiłam swoją pierwszą lustrzankę: Canona 1000D, a kiedy się zepsuł… Znowu chciałam czegoś lepszego.

Obraz 144Sony DSC-H5

Kilka dni temu, kiedy czytałam opowieść innej blogerki o udziale w kursie fotograficznym i nauce obsługi lustrzanki (tu), przypomniałam sobie moje pierwsze chwile z Canonem 1000D: podekscytowana poszłam do parku poćwiczyć i poczułam ogromne rozczarowanie. Zdjęcia nie tylko nie były tak dobre jak oczekiwałam, one były po prostu okropne.

I wtedy właśnie zaczęłam się uczyć:
1. Przeczytałam instrukcję. Potem… przeczytałam instrukcję jeszcze raz (jestem fanem instrukcji, naprawdę!).
2. Kupiłam kilka książek.
3. Znalazłam kilka stron foto, gdzie nie tylko pokazywano, ale i oceniano zdjecia. Co ciekawe, najwiecej nauczyłam się z krytycznych komentarzy.
4. Zapisałam się na kurs fotograficzny. Trwał pół roku, a kilkugodzinne spotkania odbywały się raz na tydzień. Były wyjaśnienia, filmy, ćwiczenia, zajęcia w ciemni, a nawet weekendowy wyjazd plenerowy.

krajobraz księżycowyCanon 1000D, Sigma 18-200mm

Robiłam postępy, na początku szybko, bo bardzo się zaangażowałam, potem już wolniej, bo okazało się, że w sumie to jestem trochę leniwym ‚fotografem’. Tak czy inaczej, robienie zdjęć na wakacjach stało się niezbędną częścią mojego podróżowania.

IMG_6339Canon 60D, Sigma 18-200mm

To wszystko zmieniło się rok temu, kiedy ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że jestem zmęczona noszeniem całego sprzętu, zbyt leniwa, żeby ciągle wyjmować apart z torby i coraz bardziej mam wrażenie, że wyjmując nagle w dziwnych miejscach DUŻY aparat staję się bardziej widoczna i psuję ‘moment’.
Po ubiegłorocznych wakacjach w Etiopii zauważyłam, że moje ulubione uwiecznione momenty, to te uwiecznione telefonem a nie aparatem. Miesiąc później, na krótki wypad do Brukseli i Amsterdamu już nawet nie spakowałam aparatu. Było to ciekawe doświadczenie i doszłam do wniosku, że to czego chcę to mały aparat, który zmieści się w kieszeni.

IMG_20130713_170315Etiopia z komórki.

IMG_20130730_074135Somaliland z komórki

A więc… czas na podróżowanie z małym bezlusterkowcem. Sony a6000 jest mały, lekki, podręczny i po prostu fajny. Przeczytałam już instrukcję obsługi i uczę się wszystkiego na nowo.

Pojechałam na parę dni w Bieszczady i chodząc robiłam dziesiątki zdjęć starając się wyczuć mój nowy aparat, kiedy nagle na trasie podszedł do mnie mężczyzna i poprosił, żeby zrobić zdjęcie jemu i jego dziewczynie. W ręku trzymał lustrzankę Canona. Podał mi ją mówiąc: – Musisz popatrzeć tu, a potem nacisnąć tu… – Wyjaśnił to tonem lekkej wyższości, który przyjmują niektóre osoby rozmawiając z tymi, którzy mają mniejsze aparaty.

DSC00123Sony a6000

 

  • Czekam na więcej info i testów nowego aparatu :) Wprawdzie kupiłam dwa miesiące temu nowe body Nikona, ale też zauważyłam, że w wielu sytuacjach dużo łatwiej jest wyciągnąć mały i nierzucający się w oczy aparacik i zrobić zdjęcie.
    A to zdjęcie zrobione Canonem 1000D to z górami i jeziorem gdzie to? Cudne!!! I jeszcze interesuje mnie ten kurs półroczny. Szukam czegoś takiego. podpowiesz gdzie są dobre?

    • Amused Observer

      Anita, więcej info i testów to… po wyjeździe albo w trakcie – w praniu wyjdzie jak udany zakup to był:)
      Zdjęcie z górami i jeziorem to Norwegia – jeden z najpiękniejszych krajów w jakich byłam :)
      Kurs zrobiłam (dawno już temu) w Poznaniu – no bo gdzie indziej? Program był dosyć bogaty – no i przez pół roku spotykanie się co tydzień na trzy godziny to moim zdaniem sporo – dlatego się zdecydowałam, mimo, że to był chyba jeden z najdroższych kursów na rynku – ale było warto.
      Program mają tu: http://www.formaty.pl/poznan/oferta/kurs-podstawowy/
      Do tego były raz plener nocny a raz wyjazd weekendowy. Oprócz tego był dostęp do ciemni, a po rezerwacji – możliwość korzystania ze wyposażonego studio – więc dla mnie był to full wypas :)

      • No to faktycznie kurs ful wypas. Taki chyba by mi się przydał, choć podstawy mam ogarnięte. Ale czegoś takiego znaleźć w Trójmieście nie mogę.
        Norwegia…moje marzenie, obok Islandii. Może w końcu tam pojadę :)

  • tak, tak małe rządzi :)

  • Zawsze tak będzie, że lustrzankowcy będą patrzeć z poważaniem na osoby „cykające fotki małymi zabawkami”. Też tak patrzę ;) Do czasu… aż w końcu sam sobie kupię bezlusterkowca ;)

  • my targamy ciężki sprzęt i póki co dajemy radę :)

  • Ja właśnie mam mieszane uczucia. Z jednej str nie jestem mistrzem fotografii, w dodatku noszenie lustrzanki np. w Azji 5-6 miesięcy mnie przeraża (taki ciężar!), a z drugiej str jak oglądam zdjęcia robione lustrzanką to się zawszae zachwycam. Chociaż np. taki Canon G16 robi całkiem fajne foty!

  • Właśnie, też się ostatnio męczę…

  • Pamiątka z Amsterdamu.
    I nawet w nim lampa blyskowa działa! ;) (niestety tylko ona :D :D )

  • Fajne te zdjęcia z komórki! Coraz bardziej utwierdzam się w tym, że liczy się przede wszystkim oko patrzącego.
    Też mam Sony a6000, w podróży zepsuła nam się lustrzanka i postanowiliśmy kupić nowy aparat. Co ciekawe, mam wrażenie, że robię fajniejsze zdjęcia, raz, że to maleństwo bez problemu mogę zabrać ze sobą, dwa, że nie rzucam się w oczy jak robię zdjęcia, trzy, że ma lepsze parametry niż moje bardzo stare body i wreszcie mogę robić zdjęcia w półmroku.
    A lustrzanka leży na dnie plecaka, bo nie opłaca się wysłać do Polski…