28 lipca 2013 roku kupuję bilet na następny dzień, do miasta, którego nazwy nie umiem wymówić.

– Ale jest pan pewien, że to na jutro? – pytam chyba już po raz trzeci, a mężczyzna, cierpliwie, po raz trzeci kiwa głową, że tak. Uśmiecha się dobrotliwie, pewnie już nie pierwszy raz uspokaja turystów.

O tym, że Etiopia stosuje swój własny kalendarz i że podróżuję w 2005 roku oczywiście wiedziałam, ale nigdy wcześniej nie musiałam się zastanawiać, jaka dokładnie jest data. Patrzę więc jeszcze raz na swój bilet, wypisany po amharsku: 19.11.2005, odjazd o 11:30.

– A więc odjeżdżamy o 5:30? – pytam na wszelki wypadek, bo wiem już,że tak właśnie jest według etiopskiego zegara.

Niektórzy turyści dowiadują się o tej różnicy dopiero na dworcu. W ten sposób poznaliśmy wcześniej Carlę, Mateo i Tomka – na dworcu dowiedzieli się, że ich autobus odjechał parę godzin wcześniej. Następny był nazajutrz i właśnie tak się spotkaliśmy.

IMG_20130725_170922

 

  • Dość niesamowite i dziwne. Penie nie łatwo się przyzwyczaić. Czas trzeba przeliczać jak walutę.

  • Kalendarz kalendarzem, ale ciągle nie rozumiem, jak wyliczyli 5:30 z 11:30? :D

    • Jest sześć godzin różnicy między naszymi zegarami. Czyli ich dwunasta, o ktorej był odjazd to nasza szósta. Trzeba się zawsze upewnić, czy podają czas lokalny czy już dostosowują do turystów, bo nigdy nie wiadomo :)

  • trochę to skomplikowane i pewnie trzeba czasu żeby się przyzwyczaić do takiego systemu , na pewno rodzi to liczne pomyłki i zabawne sytuacje

  • Niezłe zamieszanie, inna godzina i inny rok. To musi być nieco uciążliwe w podróży :)

  • Przez chwilę nawet myślałem, że rzeczywiście pojechałaś tam 19 listopada 2005 roku, zresztą tytuł mi podpowiadał „podróż do przeszłości”, a 2005 takową i to nawet w miarę odległą, jest ;)