Dlaczego Meksyk?

Kiedy zaczynam się zastanawiać jaki był mój pierwszy ‚prawdziwy’ kontakt z hiszpański, sięgam daleko pamięcią i wychodzi na to, że była to próba tłumaczenia piosenki z Desperado wiele lat temu.

Stąd też właśnie tytuł dzisiejszej opowieści.

I dlatego też, kiedy po podjęciu decyzji, że pojadę tam, gdzie bilet będzie najtańszy musiałam wybierać między Meksykiem a Chinami, wybrałam Meksyk – właśnie ze względu na język hiszpański.

Ciudad de Mexico… ponownie

Kiedy rok temu mieliśmy stopover w stolicy i miałam okazję na szybkie rozejrzenie się po centrum, stwierdziłam, że nie jest to miasto do którego chciałabym wrócić i teraz nie chciałam się teraz tu zatrzymywać. Na lotnisku, które było tylko miejscem przesiadki podobnie jak w ubiegłym roku pojawiły się pewne problemy. Mimo, że po hiszpańsku mówię już dobrze, to chciałam być jednak w 100% pewna, że wszystko zrozumiem i zadałam pytanie po angielsku co wzbudziło lekką panikę mojego rozmówcy, który odwrócił się do kolegi pytając się: ‘Como se dice …… en ingles?’ Słysząc to, powtórzyłam swoje pytanie po hiszpańsku, ku wyraźnej uldze miłego pana, który tym razem bez problemu udzielił mi odpowiedzi, a ja stwierdziłam, że od tej pory tylko hiszpański:)

W lotnisku spotkałam się też z Kingą, która przyleciała tu dzień wcześniej i która miała spędzić ze mną część podróży. Wsiadłyśmy razem w samolot, aby udać się do miasta, które miało być początkiem naszej podróży.

Merida.

Lonely Planet twierdzi Merida to jedno z ładniejszych kolonialnych miast i to było jednym z powodów, aby stąd zacząć. Ponieważ wielokrotnie gościłam u siebie w domu couchsurferów z różnych miejsc postanowiłam tym razem sama skorzystać z tej formy podróżowania i noclegu. Tak właśnie trafiłam do Rosalby – przesympatycznej pani mieszkającej w dzielnicy jakieś 20 minut od centrum z dziećmi, 3 hałaśliwymi jamnikami i 2 wielkimi psami innej rasy. Wszyscy mówili wyłącznie po hiszpańsku więc był to dobry sprawdzian na początek – szkoda tylko, że trafiliśmy do nich w środku tygodnia, bo niestety nie udało nam się spędzić razem zbyt dużo czasu.

W Meridzie spędziłyśmy kilka dni i nawet to, że trzeba było codziennie się z tej dzielnicy dostać do centrum w sumie nie było złe, bo pokazywało nam taki wycinek meksykańskiej codzienności.

IMG_5880

Merida okazała się miastem tętniącym życiem od rana do późnego wieczora – w centrum zawsze się coś działo, zawsze było gwarno i zawsze się znalazł ktoś kto chciał pogadać. Oczywiście odwiedziłyśmy od razu miejscowy rynek – rynki są zawsze fascynujące! Ludzie jedli tam interesująco wyglądające owoce morza, ale niestety ja ich fanką nie jestem więc zamiast tego rzuciłam się na zwykłe owoce. Ogromnie stęskniłam się za mango, którego praktycznie nigdy nie kupuję w Polsce, bo u nas nie jest takie soczyste. Tutaj można na targu wybrać owoc, a sprzedawczyni obierze go, pokroi, wrzuci do foliowej torebki i…. posoli i poleje ostrym sosem chili – jeśli tylko ktoś chce. Takie połączenie jest fascynujące! Za pierwszym razem pamiętam, że bardzo się zdziwiłam, ale później można się przyzwyczaić i jest to super – usta które coraz bardziej i bardziej pieką i rozpływające się mango jedzone rękoma po których spływa sok…

IMG_5920

Oczywiście od razu pierwszego dnia musiałam spróbować michelady. To typowy dla Meksyku napój – nalewany do szklanki, której brzegi są posypane papryką. Do piwa dodaje się sok z limonki i w zależności od regionu tabasco, sos worcestershire czy coś tam jeszcze. Zamawiając micheladę należy powiedzieć z jakim piwem się ją chce, na przykład: ‘michelada de corona, por favor’.

Celestun.

To miało być miejsce na spotkanie z flamingami, co mnie interesowało głównie z powodów fotograficznych. Jednak z powodu pogody, kolejnego huraganu, etc…. flamingów jeszcze nie było! Tzn. w sumie był jeden, co było o tyle wkurzające, że gdyby był jeszcze jeden to mogłabym powiedzieć, że widziałam flamingi. A tak? Głupio trochę opowiadać, że widziałam JEDNEGO flaminga.

Mimo wszystko wyjazd okazał się bardzo przyjemny. Razem z poznaną Francuzką i dwójką Holendrów wykupiliśmy dwugodzinną przejażdżkę łodzią i relaksowaliśmy się oglądając ptaki (które NIE były flamingami) i krajobraz. Wpłynęliśmy do lasów namorzynowych gdzie w środku były małe polany i można się było wykąpać, a także odwiedziliśmy petrified forest – kikuty drzew, które zostały zniszczone przez słoną wodę i powietrze. Pogoda była przepiękna, aż żal, że przejażdżka trwała tylko dwie godziny.

IMG_5996

Nasi nieoczekiwani towarzysze okazali się przemiłymi ludźmi i spędziliśmy jeszcze kilka godzin w restauracji na plaży w Celestun. Tam też spróbowałam po raz pierwszy ‘ceviche’ – to owoce morza, które są marynowane w soku z limonki. Tylko spróbowałam, bo jak już wspominałam, za owocami morza szczególnie nie przepadam. Muszę jednak przyznać, że te mariscos były całkiem niezłe.

IMG_6089

Uxmal.

Jadąc do Meksyku nie sposób nie zaplanować wizyty w ruinach – tyle tam tego… My zaczęłyśmy od Uxmal dokąd wybrałyśmy się na jednodniową wycieczkę z Meridy. Uxmal bardzo nam się podobał – nie było tam dużo turystów i można spokojnie było wszystko obejrzeć i sfotografować. Niestety, nie zdecydowałyśmy się na przewodnika więc nasze informacje pochodziły jedynie z przewodnika książkowego. Na szczęście sporo jeszcze pamiętam z wizyty w ruinach rok wcześniej a podobieństw jest sporo.

IMG_6144

Po zwiedzaniu zatrzymałyśmy się w restauracji próbując kolejnej typowej dla Jukatanu potrawy o nazwie ‘cochinita pibil’ – mięso wieprzowe podawane w liściach bananowcach – bardzo smaczne. A na pierwsze danie była ‚sopa de lima’ – zupa z kurczaka z limonką, która dla mnie okazała się absolutnym hitem kulinarnym. Nawet tu w Polsce już ją robiłam:)

IMG_6179

Dodam tylko, że po powrocie jadłam ją również w meksykańskiej knajpie w  Poznaniu i było to jedno z większych kulinarnych rozczarowań roku:( – jak można zepsuć coś tak dobrego i prostego???

Chichen Itza.

To z pewnością jedne z najbardziej znanych ruin i pewnie większość turystów jadąc tu, ma w głowie widziany wielokrotnie obraz najsłynniejszej piramidy.

IMG_6198

Wyjechałyśmy z Meridy (opuszczając ją już całkowicie) bardzo wcześnie rano (przy okazji musze powiedzieć, że meksykańskie radio taxi okazało się niezawodne), tak, aby można było wykorzystać dzień mimo, że trzeba odbyć podróż autobusem. W Chichen Itza wysiadłam parę minut po ósmej (kompleks jest otwierany właśnie o ósmej) kiedy to jeszcze nie ma tam zbyt wielu turystów. Tym razem byłam sama (Kinga wolała jechać dalej, żeby odwiedzić Cancun) ale pamiętając, że brakowało mi informacji w Uxmal postanowiłam tym razem zwiedzać z przewodnikiem. Zapytałam stojącą obok amerykańską parę czy nie chcą przewodnika – okazało się, że o tym nie myśleli, ale ‘to dobry pomysł’, więc zostawiłam swój bagaż w przechowalni i ruszyliśmy dalej. Przewodnik opowiedział nam mnóstwo ciekawych rzeczy, odpowiedział na wszystkie pytania i naprawdę cieszyłam się, że mogę się dowiedzieć czegoś więcej. Bo tak to tylko człowiek czasami patrzy i myśli ‘o… sterta kamieni’ po czym okazuje się, że to kiedyś była toaleta. Muszę jednak przyznać, że ci archeolodzy to mają wyobraźnię… bo czasami człowiek patrzy, słucha wyjaśnień a i tak nie widzi tego co powinien widzieć:)

IMG_6288

Kiedy kończyliśmy naszą wycieczkę na terenie piramid było już pełno wycieczek i zrobiło się bardzo gorąco, więc jeśli ktoś by się kiedyś sam wybieram to właśnie polecam przyjazd wcześnie – tak aby spokojnie można było wszystko obejrzeć.

Ruszyłam dalej w drogę do Playa de Carmen gdzie miałam się spotkać z Kingą i gdzie miałyśmy wziąć prom na wyspę Cozumel. Jak już wcześniej się dowiedziałam przez telefon Cancun ją rozczarował.

Cozumel.

Wyspę wybrałam w zasadzie tylko z jednego powodu: wszyscy piszą, że to jedno z najlepszych miejsc do nurkowania! Załatwiłam więc wszystko wcześniej przez Internet, tak aby po przyjeździe od razu zacząć nurkować. Wcześniej namówiłam również Kingę na zrobienie kursu PADI Open Water –następnego dnia ona miała rozpocząć kurs a ja miałam po prostu nurkować.

Na wyspie znowu skorzystałam z Couchsurfingu – chociaż na trochę innych zasadach, bo Kelly, do której napisałam odpowiedziała, że w tej chwili nie ma gdzie nas przenocować, ale jeśli chcemy może nam wynająć dół swojego (tzn.w zasadzie brata) domku. I tak za $25 za dzień (za dwie osoby) miałyśmy dla siebie salonik/sypialnię/kuchnię/łazienkę/TV/klimę – żyć nie umierać:) Kelly była przesympatyczną Amerykanką i właścicielką psa o imieniu Pirata. Pewnego dnia zabrała nas na wycieczkę po wyspie co dało nam zupełnie inny obraz wyspy. Wyspa jest duża, ale tak naprawdę całe życie koncentruje się na zachodnim wybrzeżu – tam są domu, tam przy głównej promenadzie są sklepy, nastawione głównie na przypływających tu ogromnymi statkami rejsowymi Amerykanów, tam jest gwarno, hałaśliwie. Co mnie zdziwiło ta fakt, że po tej zachodniej stronie prawie nie ma plaż. Tzn. są ale bardzo słabe. Może byłabym tym faktem rozczarowana, gdyby nie to, że przyjechałam tu dla nurkowania, które okazało się świetne.

IMG_6323

Druga strona wyspy jest zupełnie inna. Kiedy jedziemy samochodem w pewnym momencie przy drodze stoją już tylko słupy elektryczne ale nie ma kabli – po prostu dalej prąd nie jest dostarczany. Na drugiej stronie jest chyba tylko jeden hotel, są puste piaszczyste plaże, niewielu ludzi, a po godzinie 19. turystom nie wolno tam przebywać ze względu na wykluwające się żółwie. Kelly opowiadała, że załatwienie pozwolenia na jednorazowe nocowanie pod namiotem zajęło im raz dużo czasu i kosztowało dużo zachodu, a nawet mimo odpowiedniego papierka i tak się nimi interesowali strażnicy.

IMG_6340

Na południowym krańcu wyspy spędzamy trochę czasu w barze reggae z bardzo chill-outową atmosferą, a potem jeszcze odwiedzamy dwa domy, którymi m.in. zajmuje się Kelly (pracująca w nieruchomościach) – mam więc okazję zobaczyć jak wygląda dom na wynajem (a wygląda fajnie) i wykąpać się w basenie:D W międzyczasie Kelly odbiera telefon – ktoś chce wynająć ten właśnie dom na weekend – z okazji 15 urodzin córki – uroczyste świętowanie 15 urodzin jest tutaj bardzo popularne.

IMG_6367

NURKOWANIE

Czyli coś na co czekałam cały rok! Tu na wyspie większość nurkowań to tzw. ‘drift diving’ czyli nurkowanie razem z prądem, ponieważ prądy wokół wyspy bywają dosyć silne. I taki właśnie był ten na moim pierwszym nurkowaniu tutaj. Co prawda miałam już kiedyś ‘drift diving’ w Egipcie, ale wtedy było to lekki prąd, który sprawiał, że było szybciej i łatwiej.

To nurkowanie okazało się zupełnie inne – jak się później dowiedziałam, akurat prąd był dosyć silny. Wcześniej divemaster powiedział, że mamy się ustawić w wodzie prostopadle do prądu, żeby nasze ciała stanowiły jakiś opór i było to coś o czym cały czas myślałam podczas tego nurkowania. Na początku, po wskoczeniu ze statku do wody trochę się przestraszyłam, bo poczułam się tak jakbym dostała się pod bardzo silny strumień wody z ogrodowego węża, który usiłuje mnie gdzieś zepchnąć. Wrażenie było niesamowite, bo przez kolejne 45 minut nie byłam w stanie zawrócić, żeby coś dokładniej obejrzeć, myślałam o tym, żeby faktycznie być prostopadle do kierunku prądu i się ogromnie koncentrowałam na tym, żeby być nieruchomo i nie machać żadną płetwą, żeby nie płynąć jeszcze szybciej. WOW! Podobało mi się! Tym bardziej, że podmorskie widoki też były rewelacyjne!

Żadne kolejne nurkowanie nie było w tak silnym prądzie, ale były świetne – widoczność była rewelacyjna i było sporo żółwi i rekinów – czyli coś co lubię najbardziej.

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że Cozumel wydawał się wyspą opanowaną przez Amerykanów – WSZYSCY ludzie z którymi nurkowałam to byli Amerykanie. Pytanie ‘where are you from?’ (skąd jesteś?) tak naprawdę oznaczało ‘z której części Stanów jesteś?’ co było na o tyle zabawne, że kiedy padało, po czym w odpowiedzi było słychać: New York, Houston, Boston, Oregon i  w końcu…. Poland (to ja:D) co zdecydowanie zakłócało ‘rytm’ ;)

Tulum.

To miejsce wybrałam z powodu….nurkowania. Tak, znowu! Tym razem jednak bardzo chciałam spróbować nurkowania w cenotach, czyli podwodnych grotach ze słodką wodą. Pamiętam, że kilka lat temu czytałam w jakimś magazynie o takim nurkowaniu – opowieść była fascynująca, ale z cyklu tych, o których myślimy ‘super, szkoda, że ja tak nie mogę’ – wtedy, nie mając jeszcze pojęcia o nurkowaniu, nie sądziłam jednak że tam dotrę i spróbuję. Nie zdecydowałam się jednak na nurkowanie w cenocie Angelita, który właśnie pamiętałam z artykułu. Po pierwsze Kinga była dopiero co po kursie i nie mogła zbyt głęboko, a po drugie… doświadczenie mnie nauczyło, że jednak nie przepadam ani za głębokimi nurkowaniami ani za takimi w których niewiele co widać, więc chyba nie ma się co stresować i …

Zamiast tego zdecydowałam się na nurkowanie w cenocie o nazwie „Dos Ojos” – były to w zasadzie dwa nurkowania – po jednym w każdym oku:D – byłyśmy tylko my dwie i divemaster.

To było nowe i ciekawe doświadczenie. Po pierwsze w słodkiej wodzie więc tym razem byłam w stanie zdjąć maskę i ją wypłukać i potem nie leciały mi łzy od zasolonej wody (jakże to było miłe). Po drugie mimo, że było ciemno i pływaliśmy z latarkami to było to bardzo przyjemne. Po raz pierwszy też nie było żadnych ryb do podziwiania – tylko stalaktyty i stalagmity – formy jednak było tak różnorodne, że naprawdę było co oglądać. Jedno z dwojga ‘oczu’ jest zwane grotą Barbie – w pewnym miejscu jest figurka krokodyla trzymająca w zębach lalkę Barbie – zabawny widok. Byliśmy tez w grocie nietoperzy – w pewnym momencie wynurzyliśmy się a nad nami latały i siedziały nietoperze (w dużej ilości) – na szczęście nie zaczepiały nas. Jedyny minus – trochę było zimno…. brrr….

W Tulum zobaczyłyśmy też jedne z najbardziej malowniczo położonych ruin – nad samym brzegiem morza – można zwiedzać a potem położyć się na białym piasku lub zanurzyć w lazurowej wodzie. Ja jednak wolałam iść trochę dalej gdzie plaże były szerokie, białe i puste – takie właśnie plaże kojarzą mi się z idealnymi wakacjami – co prawda długo w takich warunkach nie wytrzymam, ale dzień takiego relaksu jest czasami potrzebny.

IMG_6404

Palenque.

Co prawda przygotowując się do podróży planowałam nocne przejazdy autobusami, ale nie wiedziałam, że tak mnie one zmęczą. Warunki były naprawdę dobre, ale chyb się już trochę odzwyczaiłam, a raczej przyzwyczaiłam do tego, że w nocy to można albo spać albo się bawić…  W każdym bądź razie z Tulum wyjechałyśmy około 22, a do Palenque dotarłyśmy przed 8 rano. Nie planowałyśmy żadnej zorganizowanej wycieczki i kiedy zaczepił nas jakiś mężczyzna z ulotką grzecznie podziękowałyśmy. Jednak chwilę później ja zerknęłam na ulotkę i zobaczyłam, że zrobienie wszystkiego ‘w pigułce’ nie byłoby takim głupim pomysłem – odszukałyśmy pana i kupiłyśmy ‘pakiet’ z transportem do San Cristobal na końcu.

Palenque mi się podobało – tym razem znowu chciałam przewodnika i znowu ktoś do nas dołączył, żeby było taniej. Wcześniej słyszałam, że to miejsce jest podobne do Tikal w Gwatemali i to prawda – głównie przez to, że też znajduje się w dżungli i jest bardzo ale to bardzo gorąco. Spodziewałam się jednak, że będzie trochę bardziej dzikie – te porównania do Tikal trochę mnie zmyliły:) – ale jak wszystkie turystyczne miejsca w Meksyku było bardzo dobrze zorganizowane i takie ‘ułożone’.

IMG_6524

Tego dnia odwiedziłyśmy też Agua Azul, które niestety w czasie pory deszczowej wcale nie są ‘azul’ ale przypominają raczej Agua Cafe – szkoda, bo na zdjęciach robiło to ogromne wrażenie.

Kolejnym punktem był wodospad Misol Ha – dosyć duży, rozpryskujący mnóstwo wodyJ

a potem….. dłuuuuga jazda do San Cristobal – na mapie to tylko kawałek, ale jechało się i jechało.

San Cristobal de las Casas.

Kolejne spotkanie z couchsurferami – z Moniką i Rudym, którzy po wielu doświadczeniach z couchsurfingiem zdecydowali się założyć własny hostel. Hostal La Iguana. Na profil Moniki natrafiłam przez przypadek, szukając ‚Polaków w Meksyku’ i postanowiłam do niej napisać bo stwierdziłam, że to zabawny zbieg okoliczności, że tak samo ma na imię, ma tyle samo lat, studia podobne – po wymianie kilku maili wiedziałam, że bardzo chętnie ją spotkam i że chętnie się zatrzymamy w  Hostelu la Iguana.

Już pierwszego dnia, przyjeżdżając dosyć późno wieczorem trafiłyśmy na małą imprezę:) gdzie spróbowałyśmy lokalnego trunku. Ludzie okazali się bardzo mili, a na dodatek stanowiłyśmy silną polską grupę, bo poznałyśmy jeszcze Emilię:)

IMG_6550

San Cristobal okazał się jednym z bardziej fascynujących miejsc, z niesamowitą atmosferą i mimo, że było tam całkiem sporo turystów wcale nie sprawiał wrażenia bardzo turystycznego miasta – włóczenie się po jego uliczkach czy to w dzień czy wieczorem było naprawdę przyjemne – nawet wracając o drugiej w nocy do hostelu czułam się bezpiecznie (a może to te wypite mojitos….)

Na rynku, który odwiedziłam dwa razy spróbowałyśmy lokalnych specjałów – nazw nie pamiętam, ale oczywiście najbardziej zainteresowały mnie różnego rodzaju słodycze – jakżeby inaczej. Stwierdziłam też przy okazji, że mimo mojego uwielbienia rzeczy słodkich, tamale na słodko to jednak nie jest to co lubię.

IMG_6860

Pewnego dnia wybrałyśmy się na wycieczkę kilkoma osobami z hostelu, a Rudy był naszym przewodnikiem. Pojechaliśmy do Oventic, wioski zapatystów, co okazało się bardzo ciekawym doświadczeniem – takie państwo w państwie – ze sprawdzaniem paszportów etc. Na początek musieliśmy wysłuchać wykładu  – na temat historii ruchu. Okazało się, ze Kinga była jedyną osobą z naszej chyba 8 osobowej grupy, która nie mówiła po hiszpańsku i trzeba było tłumaczyć. Ja jednak, słysząc mamrotanie pana w kominiarce, odmówiłam i w rezultacie tłumaczenie odbywało się grupowo – na angielski.

IMG_6650

Po ‘wykładzie’ pochodziliśmy po wiosce robiąc zdjęcia niesamowitym muralom na domach – niestety, prosili nam, żeby nie fotografować ludzi z bliska.

IMG_6651

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w San Juan Chamula, ale po południu wioska była jakby wymarła – odwiedziliśmy tylko miejscową rodzinę gdzie zjedliśmy tortille z kurczakiem i pysznym serem – tortille zresztą próbowaliśmy samodzielnie robić i muszę przyznać, że tu mieli inną metodę niż w Gwatemali czy Nikaragui – bardziej zaawansowaną bo do robienia placków używają w Meksyku małej drewnianej praski, podczas gdy w innych tortilleriach, które odwiedziłam rok wcześniej placki robiło się ręcznie.

IMG_6761

Przy okazji musiałam przemóc swoją niechęć do jedzenia czegokolwiek rękami (jak zresztą się często zdarza w ciągu wakacji) – na początku jadłam tylko tortille z serem, ale ten zapach pieczonego kurczaka był taaaaaaaki zachęcający, że nie mogłam po niego nie sięgnąc.

- Myślałem, że jesteś wegetarianką – powiedział Rudy po wyjściu stamtąd.

- Nie, ja tylko nie lubię mieć tłustych rąk – odpowiedziałam zgodnie z prawdą (cóż, każdy ma jakieś swoje dziwactwa, prawda?:))

Zdecydowałyśmy się też na wycieczkę do Kanionu Sumidero. ‘Sumidero’ znaczy ‘ściek’ i niestety kanion jest bardzo brudny, chociaż otoczenie i okolice są przepiękne. Wycieczka była bardzo przyjemna – wyjaśnienia po drodze po hiszpańsku.

Żal było wyjeżdżać z San Cristobal, oj żal…

Oaxaca.

Najbardziej zaskakująca była…. wymowa, bo nazwę miasta czyta się ‘łahaka’. Na początku trudno było mi zapamiętać:)

Myślałam, że to miasto będzie jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc – nie wiem, być może moje oczekiwania były zbyt duże, w każdym bądź razie trochę się rozczarowałam. Nie żeby było jakoś specjalnie źle, mało atrakcyjnie czy coś, ale… zmęczyło mnie to miasto – za bardzo turystyczne, za duże tłumy. A może po prostu zbyt wiele się spodziewałam.

IMG_6993

Pierwszego dnia miałyśmy okazję poznać miasto z samego rana, kiedy dopiero budziło się do życia, a plac przed katedrą wydawał się praktycznie wyludniony. Przyjechałyśmy z San Cristobal nocnym autobusem i byłyśmy zbyt wcześnie, żeby dostać ‚nasze’ miejsca w hostelu więc jedząc śniadanie w jednej z restauracji na placu rozglądałyśmy się spokojnie… Tak, bo o 8 rano jeszcze było spokojnie:)

Po południu w tym samym miejcu było zupełnie inaczej (co sprawdziłam następnego dnia) – siedząc znowu gdzieś przy stoliku (i pijąc micheladę, która tu okazała się kiepska) słuchałam grupy grającej na marimbie, potem faceta z saksofonem, obserwowałam czyścibutów, których tu było pełno i odmawiałam kiedy proponowano mi zakup ‚czegoś tam’.

Wieczorem w dokładnie tym samym miejscu trudno było się przecisnąć przez tłum – stragany, handlarze zachwalający swój towar, miejscowi, turyści… I sprzedawane kolby kukurydzy – posmarowane majonezem, posypane tartym serem i chilii… wyglądały i pachniały tak zachęcająco, że musiałam sobie ciągle przypominać, że przecież nie lubię kukurydzy i wcale nie chcę spróbować. Na szczęście Kingę też zachęcił wygląd i zapach, więc jednak miałam okazję spróbować:)

Trafiłyśmy też na festiwal mezcala – karawany na ulicach, degustacje, fajna muzyka:)

Z kursu gotowania, który planowałam tu zrobić w końcu zrezygnowałam – musiałabym zostać tu dłużej, a jednak nie chciałam.

Wycieczka zorganizowana.

Nie było wyboru – chciałyśmy się dostać do Hierve el Agua i zobaczyć po drodze kilka innych miejsc – bez własnego środka transportu było by to niemożliwe więc zdecydowałyśmy się na wykupienie wycieczki w lokalnym biurze turystycznym. Minibusik pozbierał uczestników z hoteli i ruszyliśmy. Najbardziej zdumiewające w sumie było dla mnie to, że większość uczestników to byli Meksykanie.

Wycieczka składała się z z kilku etapów.

Hierve el Agua – niesamowite, zapierające dech w piersiach widoki, a wszystko oglądane znad naturalnych małych ‚basenów’ – na kąpiel się nie zdecydowałam, nie byłam przygotowana, a poza tym strasznie ślisko tam było. Ale warto było, naprawdę! Warto było się tłuc po tych wertepach tam prowadzących – widoki wynagrodziły wszelkie trudy:)

IMG_7025

Przy okazji przypomniałam sobie jak to jest na wycieczce zorganizowanej:

– trzeba ciągle na kogoś czekać. Tutaj był to pewien lekko wkurzający i ciągle gubiący się Meksykanin. Przy okazji się okazało, że nie tylko w naszym kraju ‚nie lubi się’ mieszkańców stolicy. Kiedy nasz ‚ulubieniec’ się spóźnił na kolejnym przystanku, ktoś inny to tylko skomentował: No tak, on jest z DF – oni tam mają inne zwyczaje… (DF czyli Districto Federal czyli stolica).

– jedzenie ‚zorganizowane’ czyli all-inclusive. W tym momencie przypomniało mi się dlaczego nie lubię wycieczek zorganizowanych – nie można się rozejrzeć i wybrać tylko gdzieś zabiorą/ wywiozą, trzeba zapłacić ‚specjalną cenę’ dla turystów i nic się nie da zrobić. No… prawie nic:P Zostaliśmy zawiezieni kilka kilometrów za Mitlę, do restauracji, pod którą już stały inne autobusy z turystami. Wybór dań był bardzo duży i wyglądały bardzo zachęcająco. No ale jeśli ktoś ma tak jak ja: że za obiad wystarczy mu talerz zupy, nie lubi mieszać i nie czuje potrzeby to nie jest to najlepsza opcja. Na szczęście zarówno przewodnik jak i szef sali okazali zrozumienie dla specjalnych zachcianek turystów (w tym przypadku moich) i okazało się, że mogę sobie wybrać jedną potrawę i zapłacić tylko za nią. Z podobnej opcji skorzystała trójka moich towarzyszy przy stole.

W Milti obejrzeliśmy ruiny, a potem była jeszcze wizyta z degustacją w fabryce mezcalu (bardzo interesująca) i w fabryce dywanów (niestety nie było mnie stać na te ładne:)

IMG_7078

IMG_7097

Ocotlan – dzień targowy.

IMG_6886

Targi są zazwyczaj fascynujące – postanowiłam więc przejechać się do jakiejś wioski w dzień targowy. A ponieważ był piątek to padło na Ocotlan. Kiedy już minibusik przebił się przez korki w Oaxaca to jechało nam się całkiem nieźle mniej więcej około 45 minut. Targ – na zdjęciach częściowe impresje. Częściowe, bo bardziej się przyglądałam niż robiłam zdjęcia – najbardziej oczywiście zafascynowały mnie sterty przeróżnego rodzaju papryk oraz wiszące suche, cienkie, niemal papierowe płaty mięsa. A….no i jeszcze hala w której były chleby, bułki, bułeczki…. w ilości jakiej nigdy wcześniej nie widziałam w życiu!

IMG_6875

Monte Alban.

Czego to dawno nie widziałam? Ruin? No to może jeszcze jedne? Trochę zdolności organizacyjnych to wymagało bo chciałam jednego dnia zobaczyć i Ocotlan i Monte Alban…. ale udało się: kiedy szłam rano na dworzec, po drodze stał pewien pan i rozdawał ulotki – transport do Monte Alban – cena była atrakcyjna więc wracając z targu wiedziałam gdzie iść.

Monte Alban jest bardzo atrakcyjnie położone – na wzgórzu, z którego rozpościera się świetny widok na miasto. Bardzo sympatyczne miejsce, ale po wcześniejszych ruinach nie zrobiło już na mnie wielkiego wrażenia – a może to zmęczenie ‚materiału’ albo upał? Upał był taki, że wspinając się po stromych schodach Platformy Południowej, ocierając pot z czoła i pijąc wodę, dużo wody… doszłam do wniosku, że już mi się nie chce. Nie chce mi się oglądać kolejnych ruin, zwiedzać kolejnego miasta. Zmęczyłam się.

IMG_6948

To nie było w planach ale…

… ale ponieważ wspomniane powyżej ruiny tak bardzo mnie zmęczyły, że jedyne na co miałam ochotę to się położyć na plaży, następnego dnia bladym świtem (a właściwie to jeszcze ciemną nocą) znalazłam się w minibusie, który wiózł mnie na południowey wybrzeże, do Puerto Escondido.

Trochę było niewygodnie – miałam wrażenie, że droga składa się tylko i wyłącznie z zakrętów – po kilku godzinach jazdybolały mnie poobijane łokcie bo nonstop uderzałam to w prawe to w lewe oparcie. Jednak widoki, które podziwiałam przez okno wynagradzały mi wszystko. (Przy okazji: jak to dobrze mieć odporny żołądek – i zjadłam sobie, i napiłam się… a nie wszyscy tak mogli;D)

Na miejscu nie miałam nic zarezerwowanego, wiedziałam tylko na której plaży chcę być. Ponieważ byłam trochę zmęczona, a pogoda była piękna i nie chciałam spędzać tego czasu na chodzeniu z plecakiem od hotelu do hotelu, wyciągnęłam przewodnik LP, zadzwoniłam w kilka miejsc i już godzinę później byłam rozpakowana i leżałam na plaży.

IMG_7147

Puerto Escondido czyli ‘ukryty port’ – ta ładna nazwa sprawiła, że to właśnie tu postanowiłam odpocząć kilka dni. To małe miasto słynie z silnych fal, z których cieszą się tylko surferzy – dla zwykłych ludzi, chcących jedynie popływać, fale są zbyt silne. Akurat trafiłam na międzynarodowe zawody surfingowe więc z plaży podziwiałam surferów walczących z falami – czasami była to naprawdę walka, nie zawsze nawet udawało im się wskoczyć na fale (pewnie się to jakoś fachowo nazywa, hm?), kilka desek zostało złamanych, kilka wywiadów udzielonych – tylko w punktacji w żaden sposób nie mogłam się połapać.

To miejsce było takie w sam raz – nie za duże, nie za małe – dobrze się odpoczywało mimo, że nie dało się pływać. Po dwóch dniach dołączyła do mnie Kinga, która postanowiła wziąć kilka lekcji z surfingu. Ja, ponieważ nie lubię pływać, a myśl o spadaniu z deski do wody, która nie wiem jak jest głęboka, przyprawiała mnie o dreszcze, siedziałam sobie na plaży jako jej fotograf, lekko znudzona czekając aż uda jej się wejść na deskę i utrzymać na tyle długo, żebym mogła zrobić zdjęcie…. Hmmm…. nie sądziłam, że to takie trudne, a fale w zatoczce ‘uczących się’ były naprawdę niewielkie…

IMG_7189

Acapulco.

Przed wyjazdem do Meksyku twierdziłam, że to miejsce, którego absolutnie nie chcę odwiedzać, ale ponieważ i tak musiałam przez to miasto przejechać to grzechem byłoby nie zatrzymać się i nie sprawdzić, czy moje negatywne nastawienie było słuszne czy nie. Acapulco było dokładnie takie jak je sobie wyobrażałam – zatłoczone, gwarne, tętniące życiem i kolorami (zwłaszcza wieczorem), z niewielką plażą otoczoną przez wysokie hotele. Gdybym tu była z grupą przyjaciół i nastawieniem, żeby się bawić co noc to pewnie byłoby to idealne miejsce… Ja w każdym bądź razie, następnego dnia, po krótkim pobycie na plaży z ulgą spakowałam plecak. Jeszcze tylko skoczyłam zobaczyć rynek, a potem korek był tak wielki, że w drodze na dworzec taksówkarz prawie mi zdążył opowiedzieć historię swojego życia.

IMG_7219

Taxco.

Tego miasta też w zasadzie nie było w planach, no bo po co ktoś kto nie lubi srebra miałby jechać do miejsca w którym znajduje się ponad 300 sklepów z wyrobami ze srebra? Na dodatek zaczęło się mało ciekawie, bo aby ułatwić sobie życie zarezerwowałam miejsce do spania przez hostelworld.com – jedynka, ze wspólną łazienką. Jedynka okazała się miejscem w 12-osobowej sali, a właściciel usiłował mnie przekonać, że ‘single’ oznacza, że nie muszę z nikim dzielić łóżka (hahaha….) i że na pewno nigdzie nie znajdę lepszego miejsca. Oczywiście go nie posłuchałam i już za rogiem trafiłam na przemiły hotelik z o wiele bardziej sympatycznym właścicielem, a przy okazji poznałam tam dwie przemiłe Kolumbijki.

IMG_7274

Taxco okazało się rewelacyjnym miejscem – położone na malowniczych wzgórzach, z wąskimi, brukowanymi uliczkami, zakamarkami, widokami – miejsce w którym aż przyjemnie się zgubić – tym bardziej, że zgubić w sumie było się trudno, bo wystarczyło wejść wyżej i rozejrzeć się wokół, aby zorientować się w swoim położeniu. W kościele rano obejrzałam ślub, po południu pogrzeb, a wieczorem kiedy padał deszcz zjadłam kolację z widokiem na główny plac. A…. i lodziarnia przy głównym placu też była niezła.

Ciudad de Mexico.

Do stolicy trafiłam wcześniej niż planowałam i przyznam się szczerze, że wcale mnie to nie cieszyło (dlaczego, tłumaczyłam na początku:D). Kiedy zaczęłam się wczytywać w przewodnikowe informacje trudno było się zdecydować, co zobaczyć i w jakiej kolejności W rezultacie postanowiłam się nie stresować tylko po prostu ‘powłóczyć’ się trochę. W sumie, rok wcześniej specjalnie jechałam z lotniska do centrum, żeby zobaczyć chociaż trochę stolicy bo ‘nie wiadomo, kiedy tu znowu będę’ i dlatego rok później miałam już raczej nastawienie, ‘najwyżej zobaczę to kolejnym razem’.

Pierwszy dzień (a właściwie popołudnie) poświęciłam na ‘nic_nie_robienie’ co w zasadzie polegało na odwiedzeniu znacznej liczby księgarni (i kupieniu sterty książek – małej sterty bo w plecaku już prawie nie było miejsca) oraz nie mniejszej liczby cukierni i piekarni – w całym Meksyku je podziwiałam, ale dopiero tutaj trafiłam do takiej ogromnej, że mogłam tylko powiedzieć ‘och……’- zjeść już nic nie mogłam, bo przed chwilą w innej kupiłam wyśmienite ciastko z kremem cytrynowym i bezą. Ale ja tu jeszcze wrócę….:)

Dzień drugi spędziłam razem z poznaną dzień wcześniej Eugenie, Kanadyjką, z którą dzieliłam pokój. Wycieczka do Teotihuacan, którą oferował nasz hostel wydawała nam się dosyć droga więc za ułamek tej ceny postanowiłyśmy udać się tam same. Dojazd okazał się dziecinnie prosty, a my, będąc tam z samego rana zdążyłyśmy przed większą falą turystów. Wdrapałyśmy się na Piramidę Słońca i podziwiałyśmy widoki z wysokości ponad 60 metrów.

IMG_7341

W drodze powrotnej zajechałam do Bazyliki Matki Boskiej z Gwadelupy, gdzie rozmach całego kompleksu wzbudził mój wielki zachwyt, ale i tak największe zaciekawienie spowodował pobliski rynek z tysiącami świętych figurek.

IMG_7412

Wieczorem ze znajomymi z hostelu połaziliśmy po okolicy – między innym wróciłam do wspomnianej wcześniej cukiernio-piekarni, co prawda niektórzy się wyśmiewali z mojego zachwytu nad ‘jakąś tam’ cukiernią, ale po wejściu do niej musieli przyznać, że jest naprawdę niezła! :D

Dzień trzeci minął w zasadzie sama nie wiem jak…. bo poza świetnymi muralami w Palacio de Bellas Artes niewiele zobaczyłam. Trochę się znowu powłóczyłam oglądając targ z pamiątkami, kilka kościołów, których nazw nie chciało mi się sprawdzać, zjadłam niesamowicie pikantną ale pyszną kanapkę z budy na ulicy (wcale nie byłam głodna, ale skoro stała tam taaaaka kolejka, to stwierdziłam, że bez powodu nie stoją) i stwierdziłam, że stolica bardzo mi się podoba i chętnie bym tu została o wiele, wiele dłużej.

Kinga znalazła mnie jakimś cudem – z lokalnej karty wysłałam jej sms na której stacji metra wysiąść. Niestety sms z nazwą hostelu do niej nie dotarł, a ja nie wiedziałam, że skoro skończyło mi się lokalne doładowanie, to nie tylko nie mogę dzwonić, ale nie mogę też odbierać rozmów ani smsów. W każdym bądź razie, Kinga znając jedynie nazwę stacji metra zdołała odszukać hostel w którym byłam. I całe szczęście, bo hostel był bardzo fajny, w świetnym miejscu, a oprócz śniadań w cenie były również kolacje!

Czwarty dzień spędziłyśmy więc razem – zaczęłyśmy od domu Fridy Kahlo w Coyoacan, które okazało się uroczą dzielnicą, z fajnym rynkiem i niezłym targiem, gdzie kupiłyśmy m.in. fantastyczne kieliszki w kształcie kaktusów.

IMG_7422

Stąd kilka przystanków autobusem, potem jeszcze kawałek metrem, dalej kolejką – a wszystko to, żeby popływać po Xochimilco, ogrodach, do których też łatwo było trafić, bo miejscowi ludzie, niepytani, sami pokazywali nam właściwy kierunek. Po krótkim targowaniu wynajęłyśmy swoje ‘expreso de lujo’ (luksusowy ekspres) i relaksowałyśmy się przez kolejne dwie godziny – po drodze kupując obiad od przepływającej obok pani, micheladę od innej, posłuchaliśmy grających mariachis, przepływający obok panowie częstowali drinkami, a rodzina z dziećmi próbowała nawiązać z nami kontakt – naprawdę miła przejażdżka.

IMG_7495

Dzień piąty – to już koniec.

Szybko minął ten miesiąc…

Podsumowanie.

Meksyk to naprawdę duży kraj! Wydawało mi się, że do zwiedzania wybieram tylko mały kawałek, ale i tak okazało się, że przejazdy są długie – zawsze mówię, że nie warto zmieniać jakości na ilość, ale tym razem sama nie posłuchałam własnych rad – gdybym miała zaplanować jeszcze raz taką trasę trochę bym ją skróciła.

Hiszpański to piękny język! A fakt, że tyle jest zapożyczeń z amerykańskiego sprawia, że jeszcze bardziej mi się podoba. No i zdecydowanie łatwiej się podróżuje znając miejscowy język.

Życie turysty w Meksyku jest łatwe i przyjemne – atrakcji jest co nie miara, bez względu na to czy się ma ochotę na relaks czy na czynny wypoczynek.

Przemieszczanie się po kraju nie stanowi absolutnie żadnego problemu – czy to droższym dalekobieżnym autobusem czy tanim colectivo – i jedne i drugie chodzą dosyć często więc dotarcie gdziekolwiek w miejsca uczęszczane przez turystów jest proste. Wszystkie odwiedzone dworce były miłe, czyste i przyjemne i zupełnie niezrozumiałe jest postrzeganie przez niektórych Meksyku jako dzikiego i brudnego kraju trzeciego świata. Co więcej, stojąc niedawno w przejściu na perony na remontowanym dworcu Warszawa Wschodnia i trzęsąc się z zimna przy -10 stopniach przypomniało mi się, jak to w Meksyku ‘wejście z biletami’ było dla tych z biletami i tego pilnowano, a nie jak na warszawskim dworcu skończyło się na powieszeniu karteczki ‘poczekalnia dla podróżnych z biletami’ i nikt nie przejmował się tym, że z poczekalni bezdomni zrobili sobie legowisko i nikt z podróżnych z biletem nie ma tam już odwagi wejść. I to niby  Meksyk jest tym dzikim krajem?;)

W sumie zaskoczyło mnie w tej podróży to, że moje założenia okazały się często błędne – to co miało być największą atrakcją wcale nią nie było, a inne miejsca, po których wiele się nie spodziewałam okazały się rewelacyjne:)

Trochę mam również wrażenie, że powinnam przestawić moje wakacje – rok temu jechać do Meksyku a dopiero potem zobaczyć resztę Ameryki Centralnej, a nie na odwrót. Czasami mam wrażenie, że moje lekkie rozczarowanie Meksykiem wynika z faktu, że było zbyt prosto i w pewnym sensie znajomo (co w sumie jest dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że to mój pierwszy raz w Meksyku). A może po prostu przyzwyczaiłam się do mnie turystycznych miejsc?

Trudno mi jednoznacznie podsumować te wakacje, bo kiedy ktoś się mnie pyta jak było, mówię, że ‚ok, może być’, a kiedy słyszę dokładniejsze pytanie ‚co ci się podobało w Meksyku?” to moja lista jest baaaaaardzo długa:)

Meksyk, lipiec 2010

  • Niezwykle ciekawy artykuł :) Zazdroszczę wyprawy do tak ciekawych miejsc :)

  • Ale kawał wycieczki! Faktycznie dużo, ale liznęłaś pełno fajnych miejsc. Ja będąc w Meksyku miałam na jego temat podobne myśli, jak Ty. Do dziś sama nie wiem, czemu…

  • A mnie właśnie blokuje brak znajomości hiszpańskiego przed Am. Południową. Uczyłem się, jednak brak czasu zrobił swoje i przestałem na tę chwilę…

  • Meksyk to moje (jeszcze) niezrealizowane marzenie. I też nie wybrałabym Chin ze względu na język, bo mam już jakieś podstawy hiszpańskiego. Strasznie zazdroszczę tego surfowania! :)

  • Pięknie opisana i niesamowita przygoda! (i zakładam sporo pracy przy pisaniu ;) ). Gratuluję!
    P.S. Tylko to mango z chilli mnie jakoś nie przekonuje, ale może po prostu dlatego, że jeszcze nie próbowałam ;)

  • Mango z chili wydaje mi się przepyszne, nigdy go nie próbowałam, ale wydaje mi się, że polskie warunki nie pozwalają na odwzorowanie oryginału z pysznym, soczystym mango w roli głównej. Pozdrawiam soczyście, Marta ;)

  • Zawsze lubie poczytac o wrazeniach turystow w Meksyku, poniewaz po prawie dwoch latach mieszkac w DF czuje sie tam troche lokalnie ;) Zdziwilo mnie to, ze nie lubilas Oaxaca – mnie sie tam zawsze bardzo podobalo, bo wlasnie miasto tetni zyciem – szkoda, ze nie zrobilas tego kursu gotowania, bo jedenie stamtad jest najlepsze w calym kraju (sprobowalas tamales?). Mam nadzieje, ze bylas na Monte Taxco – generalnie meksykanie jesli wyjezdzaja do Taxco to spia tylko tam, bo jesto to hotel na gorze z przepieknymi widokami i basenem na samym czubku. Co do Acapulco to faktycznie jak bylas tam sama to niezbyt – tam trzeba jechac z grupa znajomych na weekend jedna, zreszta podobnie w kwestii Xochimilco na ktore wynajmuje sie pare lodek jak jedzie sie na wielkie party. Jesli chodzi o Cozumel to nie dziwi mnie to, ze sami Amerykanie – niestety mimo ze przeslicznie to lokalni juz tam nie jezdza, bo zrobilo sie gorzej niz w Cancun. Wydaje mi sie, ze twoje lekkie rozczarowanie Meksykiem wynika z tego ze nie mialam zadnych lokalnych info – troche podobnie widze po znajomych ktory pojechali sami, bo jednak w tym kraju trzeba znac te ukryte perelki zeby sie zachwycic – daj znac jak bedziesz moze jechac nastepnym razem ;)

    • Też nie mogę odżałować kursu gotowania – myślę, że wtedy moje spojrzenie na Oxaca byłoby zupełnie inne :)
      Masz rację, że są miejsca, które się słabo nadają do samodzielnego zwiedzania – lepiej w towarzystwie i najlepiej na imprezie, to prawda.

      Wydaje mi się, że w Meksyku chciałam za dużo, za szybko i za intensywnie – bo miałam oczekiwania, bo nasłuchałam się opowieści. I chyba też dlatego, że wyobrażałam sobie Meksyk podobnie do Gwatemali.
      Kiedyś na pewno wrócę i będę zwiedzać zupełnie inaczej.

  • Misiek

    Hej,

    Fajnie piszesz, krótko ale bardzo ciekawie!
    Ile zajęła Ci ta podróż, bo chcemy zarobić coś bardzo podobnego, a nie wiem czy się wyrobimy…
    Jeszcze jedno pytanie: czego byś generalnie nie powtórzyła, a co ewentualnie dodała do swojej wyprawy?

    • Podróż zajęła mi dokładnie miesiąc.
      Powtórzyłabym w taki sam sposób, wciskając w to jeszcze pewnie jakieś nurkowanie w cenotach i wizytę na Isla de Mujeres.
      Myślę, że jeśli ktoś nie nurkuje to Cozumel można ominąć.

  • Klaudia

    Pojechać do Meksyku – moje największe marzenie. Strasznie zazdroszczę <3 Wspaniały artykuł!

    • Dzięki :)
      Mam nadzieję, że Twoje marzenie się kiedyś spełni!

  • Solidny wpis! bardzo dużo zobaczyłaś ile ci to zajęło? ja przez prawie 2 tygodnie siedziałam w jednym miejscu, no ale to był finisz mojej dłuuuuugiej podróży to chęci i sił na więcej nie miałam.