– To bzdura – powiedział ktoś wychodząc z zajęć. Pamiętam tę scenę jak dziś chociaż od mojego pierwszego roku studiów, kiedy to się wydarzyło, minęło wiele lat. Prowadząca zajęcia opowiedziała nam właśnie historię o tym jak była jedyną osoba w towarzystwie, która nie zrozumiała źle wymówionego słówka „bird”.
No bzdura, prawda? Wszyscy w około rozumieją, a jedna osoba nie? Z powodu głupiego błędu w wymowie?

Teraz bym się z tego nie śmiała, bo minęło wiele lat i sama wiem jak to jest:

2011, w podróży:
– Słuchaj – pyta mnie nagle koleżanka, anglistka tak jak ja – co to jest ten siódmy okres?
– Wiesz, też się nad tym zastanawiam od jakiegoś czasu – odpowiadam, bo faktycznie usiłuję zrozumieć o co chodzi w opowiadaniu naszej przewodniczki.
Podróżujemy po Armenii. Jest nas siedem, mamy wynajęty samochód z kierowcą i przewodniczkę. Nasza przewodniczka jest niezwykle sympatyczna i chociaż bardzo młoda dużo wie o swoim kraju i mówi płynnie po rosyjsku i angielsku.
– Nie mam pojęcia co to jest ten siódmy okres – odpowiadam po dłuższym namyśle.
– Głupie jesteście – wtrąca sie nagle ktoś z boku. – Żaden siódmy okres (seventh period) tylko okres sowiecki! (soviet period).
No tak, wszyscy zrozumieli po angielsku tylko nie angliści…

img_6805

Armenia

Kiedy jechałam do anglojęzycznej Ghany byłam przekonana, że będzie prosto – jakie problemy można mieć w kraju, którego językiem mówię płynnie?
A jednak! Problemy były i to niemało ponieważ nie wzięłam pod uwagę różnic kulturowych. Tak więc owszem, komunikowaliśmy się w tym samym języku, rozumieliśmy nawzajem każde wymawiane słowo, a jednak często nie udawało nam się dogadać. Było zabawnie chociaż nie zawsze prosto i kiedy zbliżał się szósty, ostatni tydzień naszych wakacji wszyscy byli zmęczeni. Jeszcze tylko trzeba było zarezerwować ostatni nocleg:
– Słuchaj – mówimy do wychowanego w Londynie Ghanijczyka – ty jesteś jak lokalny. Pomóż nam zarezerwować jakiś nocleg na ostatnie dni.
Chłopak pomaga. Dzwoni do znanego sobie hotelu, który ma być niezły.
– OK, macie zarezerwowany pokój dla trzech osób za czterdzieści dolarów – oznajmia po odłożeniu telefonu, a my oddychamy z ulgą. A potem jedziemy do stolicy i okazuje się, że czekają na nas trzy dwuosobowe pokoje po 40 dolarów każdy… Jak to możliwe? Sama nie wiem, ale po bezowocnym targowaniu wychodzimy i szukamy czegoś innego.

1013

Wybrzeże Ghany

Angielski jest międzynarodowym językiem turystyki i w zasadzie w każdym kraju gdzie pojawia się chociaż trochę turystów można oczekiwać, że zawsze jakoś się dogadamy.
Bardzo często jednak poziom angielskiego wśród lokalnych jest na bardzo niskim poziomie – pozwala na podstawową komunikację, ale my też musimy pamiętać, żeby nie używać zbyt skomplikowanych wyrażeń, bo ktoś musi zrozumieć również nas.
– Nie mów tak do nich – powtarzałam raz po raz E. w Birmie – przecież to jest zbyt skomplikowane, oni tego nie rozumieją. Powtarzałam tak po rozmowach z prostymi rikszarzami czy sprzedawcami, aż w końcu odniosło to skutek.
– No go fast! We afraid! – wykrzyknęła E. pewnego razu kiedy rikszarz przyśpieszył nie zwracając uwagi na innych uczestników ruchu. – I co? – spojrzała na mnie po chwili. – Czy to było wystarczająco prosto?
Owszem było, rikszarz zwolnił. Na chwilę, bo po chwili znowu się zapomniał.

 

W rozumieniu lokalnych ludzi często pomaga znajomość chociaż podstawowych słów w innym jezyku i zwrócenie uwagi na wymowę. I tak słuchając Francuza trzeba pamiętać, że często nie powie ‘h’ na początku wyrazów, mówiących po angielsku Polaków rozpoznamy po tym, że nigdy nie powiedzą na końcu ‘d’ czy ‘b’ ale zawsze to będzie ‘t’ i ‘p’.

To co od razu rzuciło nam się w uszy w angielskim, który słychać było w Ghanie to przestawianie ‘s’ i ‘k’ i czasami kiedy trudno było nam coś zrozumieć, żartowałyśmy, że to przypadek w stylu „I’ll aks about the moks” (czyli ‘I’ll ask about the mosque’) – trzeba się chwilę zastanowić i rozszyfrować.

Podobnie miałam w Argentynie – nagle, po przekroczeniu granicy boliwijsko-argentyńskiej okazało się, że przestałam rozumieć hiszpański. Nie wiedziałam co się dzieje – jak to możliwe, że ktoś mnie rozumie, ale ja jego nie. Dopiero po chwili, kiedy się dokładnie przysłuchałam, okazało się, że to wszystko z powodu innej, nieznanej mi wymowy „ll” – zamiast znanego mi ‘j’ Argentyńczycy mówili ‘sz’ i tak pollo czy mayo nie było już wymawiane jako znane mi ‘pojo’ czy ‘majo’ ale ‘poszo’ i ‘maszo’.
Nie było łatwo – kiedy poszłam na wycieczkę z hiszpańskim przewodnikiem miałam wrażenie, że czuję jak mój mózg pracuje zmieniając każde ‘sz’ na ‘j’ po to, żebym mogła zrozumieć.

dsc02580
Ja w Buenos Aires – zmęczona podczas wycieczki z argentyńskim przewodnikiem. 

Czasami jednak wydobywające się z czyichś ust dźwięki nic nie przypominają:
– Słuchaj, o co chodzi z tą górą? Gdzie ona jest? (mountain)
– Góra? Ja myślałam, że on mówi o poniedziałku (Monday) i zastanawiałam się co się stanie w poniedziałek.
Do tej pory nie wiem czy chodziło wtedy o poniedziałek, o górę czy może o coś jeszcze innego.

 

Nie tylko jednak wymowa i słownictwo może powodować problemy, ale i gramatyka (a raczej jej brak).
Nie chodzi tylko o skomplikowane konstrukcje, chociaż one też bywają przydatne – pamiętam jak kiedyś siedząc przy stole z Kolumbijczykiem usiłowałam wyjaśnić mu sytuację polityczną w Polsce i zamiast trzeciego okresu warunkowego użyłam drugiego (bo tylko te formy pamiętałam) co doprowadziło do małego nieporozumienia i musiałam wyjaśniać co dotyczy historii a co obecnej sytuacji.

W polskim systemie szkolnictwa przez wiele lat nacisk był położony na gramatykę i w szkołach kompletnie pomijano mówienie. Potem zaczęło się to zmieniać , ale jak to my, znowu wpadliśmy z jednej w skrajności w drugą i gramatyka została zaniedbana. Ja wiem, że wciąż wiele osób narzeka, że gramatyki jest za dużo i ‘uczymy się tylko gramatyki’, ale uwierzcie, mi to nie prawda – czasami jak słucham swoich studentów to miałabym ochotę założyc koszulkę z napisem „I’m silently correcting your grammar” (Po cichu, w myślach, poprawiam twoją gramatykę).
W każdym bądź razie, musze przyznać, że bycie nauczycielem pozwala mi w łatwiejszym zrozumieniu ludzi, którzy mówią niepoprawnie – no bo przecież ja te wszystkie błędy już słyszałam. Albo tak mi się przynajmniej wydaje.

– Monika, you like sea? – zapytała pewnego dnia najbliższa przyjaciółka mojej tajskiej gospodyni. Rodzina, u której się zatrzymałam mówiła po angielsku tak dobrze jak ja po tajsku (czyli tylko kilka słów) więc każda pomoc językowa była mile widziana i doceniania.
Zresztą you like sea?  jest przecież całkowicie zrozumiałe, mimo że powinno brzmnieć Do you like the sea? Nie było więc problemu, dogadałyśmy się, ja z entuzjazmem pokiwałam głową i nawet wyjaśniłam, że w Polsce też mamy morze tylko jest bardzo zimne.
Dwa dni później, nagle kazali mi się pakować, a ja nie rozumiałam o co chodzi. – No jak to – wyjaśnił przez telefon ich znajomy – przecież pytali i powiedziałaś, że chcesz jechać nad morze!
Ach! Więc pytanie brzmiało Would you like…? a nie Do you like…? (Czy chciałabyś? a nie Czy lubisz?).
Taka mała różnica. W sumie, dogadaliśmy się, a że dopiero dwa dni później…

karta-1-582

Phuket, Tajlandia

Wiele osób wiedząc, że jestem nauczycielem angielskiego oczekuje, że to ja zawsze będę wszystko załatwiać. Bardzo tego nie lubię. Czasami nie chce mi się po prostu ruszyć z hamaka czy znad szklanki piwa, a czasami nie widzę powodu, dla którego to ja akurat miałabym cokolwiek załatwiać – co z tego, że dobrze mówię po angielsku, skoro osoba, z którą miałabym porozmawiać mówi kiepsko, albo wcale.

W sytuacjach kiedy spotykamy kogoś kto nie mówi po angielsku najlepiej po prostu mówić w swoim własnym języku – oni po swojemu, ty po swojemu, trochę machania rękami i może się dogadacie. A może nie?
Odpowiednia intonacja bardzo pomaga – od razu widać czy ktoś jest przyjazny czy nie, łatwiej się wtedy domyślić o co mu chodzi. Zawsze mi się przypomina wtedy sytuacja z zatłoczonego etiopskiego dworca, kiedy stałyśmy w kolejce do okienka. Nie wiedziałyśmy po co  – kolejka stanęła to my też.
– Proszę pana, pan tutaj nie stał! – powiedziała głośno, wyraźnie i po polsku moja wkurzona koleżanka do mężczyzny, który usiłował wepchnąć się do kolejki. Zrozumiał od razu i od razu się wycofał.

Wiele osób oczekuje też ode mnie bycia chodzącym słownikiem i spodziewają się, że przetłumaczę każde słówko. Nie przetłumaczę, bo słownikiem nie jestem. Zresztą jeśli ktoś na przykład patrzy na rybę i nie ma pojęcia jak ta ryba nazywa się po polsku to dlaczego oczekuje ode mnie, że ja będę znała nazwę po angielsku? (zwłaszcza, że pierwszy raz rybę widzę na oczy).

obraz-329

Benin – kraj w którym nie udawało mi się dogadać po angielsku.

Często słyszę, że jest mi o wiele łatwiej podróżować ze względu na dobrą znajomość angielskiego i nikt nie chce mi uwierzyć, że setki razy byłam w sytuacji kiedy angielski nie przydawał mi się na nic. Bo to nieprawda, że człowiek wszędzie dogada się po angielsku – jest mnóstwo miejsc gdzie się po angielsku nie dogada. Nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie – bardzo lubię językowe łamigłówki, które stają sie elementem przygody.

Ludzie czasami mówią o ‘szoku językowym’ jakiego doświadczają kiedy po raz pierwszy jadą do kraju, którego języka się uczyli i nagle okazuje się, że nic nie rozumieją. Nie wiem jak to jest, bo ja często byłam nawet zadowolona ze swojej dobrej znajomości języka – która wcale nie była dobra, ale po prostu koncentrowałam się na tym co rozumiem, a nie na tym czego nie rozumiem. Jak nie rozumiałam to się domyślałam i pewnie mogłabym napisać drugą część tej opowieści pod tytułem „Jak udawało mi się NIE dogadać po hiszpańsku i francusku.”

obraz-335

Benin raz jeszcze – jak się kiedyś nauczę lepiej po francusku to tam wrócę ;) 

Ponieważ jednak jestem nauczycielem angielskiego to wypadałoby zakończyć opowieść jakąś historyjką związaną z angielskim, a więc opowiem wam o pierwszym nieporozumieniu, które pamiętam.
Było to kiedy po raz pierwszy pojechałam do Anglii – autokarem, bo tanich lotów jeszcze nie było, ponad 24h, a na granicy celnicy sprawdzali paszporty i zastanawiali się czy podróżnych wpuścić czy nie (wielu nie wpuszczali). Dla mnie była to epoka jeszcze przedkomputerowa i przedsmartfonowa.
Pewnego dnia usłyszałam, że na lunch będą ‘lentils’ – słowo było mi nieznane więc zapytałam co to jest. Trzy osoby usiłowały mi wyjaśnić, pokazały na obrazku, potem znaleźli definicję w słowniku angielskim i nic. W końcu przyszedł czas lunchu – spróbowałam i… nadal nie wiedziałam co to jest. Byłam w tej Anglii całe dwa miesiące i ‘lentils’ jadłam jeszcze kilkakrotnie, nadal nie wiedząc co jem. Sprawdziłam sobie to dopiero po powrocie do Polski. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że 20 lat temu jeszcze nie lubiłam soczewicy.

obraz-1225Londyn

I to by było dziś na tyle. Podczas mojej długiej podróży po Polsce brakowało mi tego elementu językowej niepewności w podróży – wszystko było jasne i zrozumiałe, z każdym się dogadywałam.

Językowe próby i starania są fajne chociaż czasami można się wkurzać, że trudno się dogadać, albo ma się dosyć wysiłku wkładanego w komunikację. Ja też czasami mam dosyć.

Pamiętam dzień w podróży kiedy byłam sama w nowym miejscu, nie wiedziałam gdzie iść, jak się dogadać, plecak był ciężki, upał straszny i właśnie uciekł mi autobus, którym wydawało mi się, że powinnam jechać.
– Kurwa! – zaklęłam sobie wcale nie cicho, bo miałam już wszystkiego dosyć.
– Czy mógłbym jakoś Pani pomóc? – usłyszałam za plecami grzeczne pytanie wypowiedziane z mocnym akcentem, ale zdecydowanie po polsku.

No właśnie: bo zawsze jakoś będzie!

 

  • Świetny wpis! Ciekawie było czytać te anegdotki :) Muszę po francusku i trochę po angielsku, jednak będąc w tym roku w Gruzji okazało się, że tam albo po rosyjsku, albo na migi. Niestety, już tak przyzwyczailiśmy się, że angielski to język wszechstronny, że zanikła w nas umiejętność dogadania się z drugim człowiekiem, gdy ten angielskiego nie zna. Myślę więc, że warto uszanować język kraju w którym jesteśmy i nauczyć się przed wyjazdem kilku prostych zdań i zwrotów grzecznościowych.

    • A tak, w Gruzji faktycznie było najlepiej po rosyjsku, za to w Armenii chyba trochę łatwiej po angielsku :)

  • Ładne zdjęcie z Armenii :)
    Właśnie przejrzałam szybko Twojego bloga. Niewiarygodne, że byłaś w 50 krajach!
    Podziwiam Cię i zazdroszczę w pozytywnym sensie. Pisz dalej :)

    • Człowiek sobie myśli: aż 50 krajów, a potem liczy i wychodzi mu, że to tylko niewielki procent :D

  • Przypomniało mi się tyle historii, czytając ten artykuł, że chyba napiszę swoje podróżne wspomnienia językowe :) Moja pierwsza wyprawa do Tajlandii z chłopakiem, którego angielski był tzw. komunikatywny, skończyła się tym, że przez pierwsze 2/3 tygodnie on mówił i rozumiał, a ja byłam totalnie helpless. Uczyłam się zamieniać wszystkie zdania na bardzo proste i zupełnie pozbawione gramatyki. Inna historia: podróż z Anglikiem przez Nową Zelandię, po 3 dniach dowiedziałam się, że mówię jakbym była z boarding school, czyli zbyt poprawnie, bo „do” w pytaniach to już nikt nie używa ;) Za to w Malezji zadałam pytanie, innemu Anglikowi, jak on znosi angielski w podróży w wykonaniu innych nacji. – No coś ty! To nie jest angielski – powiedział- to taki inny język. Ogarniam. Jest zabawnie. Po tym jak ktoś mówi, od razu wiadomo jakiej jest narodowości. – A po mnie też od razu widać? – Przewaga Eastern Europe – odpowiedział – jak dużo gadasz, ale bardzo śmiesznie skaczesz po akcentach. :)

    • Napisz, napisz! Chętnie przeczytam.
      Co do akcentu to najgorzej wspominam chyba jak ktoś gdzieś w Ameryce Południowej powiedział o moim hiszpańskim, że ma amerykański akcent – prawie się śmiertelnie obraziłam :D

  • Iwona Gogulska

    Śmieszne te niektóre historie ;) Też mi się zdarzyło mieć takich kilka. Chociaż w zasadzie nie wiem czy wynikały z tego, że ja coś źle usłyszałam/zrozumiałam, czy że ktoś coś źle powiedział ;) Dlatego fajnie było się np. porozumiewać w Tunezji. Ich francuski był tak toporny, że prawie wszystko rozumiałam (a uczyłam się go dość krótko).

  • Hm… ja staram się celowo uprościć swój angielski jak rozmawiam z kimś kto słabo mówi – to pewnie rezultat uczenia :D
    Ale o takim zjawisku jak ty piszesz to nie słyszałam :)

  • Hahaha przy mnie miałabyś mnóstwo jezykowych anegdot – ciągle zmieniam wymowę i podmieniam słowa

  • Fajny wpis, od razu przypomniałem sobie kilka moich „językowych” doświadczeń, np. moment wjazdu do Argentyny – kompletnie nic nie rozumiałem z ich hiszpańskiego, dopiero z czasem udało mi się przestawić;-).

  • Do dzisiaj nie rozumiem co mówił do mnie nasz sąsiad, gdy mieszkaliśmy na granicy angielsko-szkockiej w krainie Geordie ;) Ponad pół roku wsłuchiwaliśmy się w jego wymowę, rozumieliśmy wszystkich innych z wioski, tylko jego nie. Wyjątkowa wymowa intonacja ;)

  • Jeżdżąc ostatnio po Azji okazało się, ze Ci którzy biegle znają angielski nie umieją się dogadać. Lokalni woleli rozmawiać z tymi, którzy znali język ma ich poziomie. Ja mam ogromną barierę językową. Odzywam się tylko w ostateczności. Jest to pewien rodzaj kalectwa… podobno dogadać się umiem, okazuje się to wtedy kiedy jestem zła. To jedyny moment kiedy znika mi bariera językowa.
    A tak na koniec: lata temu mój Tata pojechał do Paryża. Nie znał języków, ale bardzo chciał mieć pamiątkowa fotografie. Podszedł do jednej pary i łamanym angielskim zmieszanym z jakimś innym językiem próbował poprosić ich o zrobienie zdjęcia. Mężczyzna popatrzył na żonę i rzekł do niej: nie wiem o co temu facetowi chodzi, ale chyba chce aby mu zrobić zdjęcie. Polak Polaka wszędzie znajdzie… dlatego trzeba uważać gdzie i co się mówi w naszym ojczystym języku.

  • Moniko, a ja mam coś jeszcze innego. Mówię po angielsku od lat, posługuję się nim płynnie ALE nie jestem ekspertką. Mówię raczej prosto i przede wszystkim – naprawdę źle mi idzie rozmowa z nativami. Tzn. gadam przez kilka godzin dziennie z Meksykaninem, Francuzem, Chinką – nie mam problemu. Ale przychodzi Anglik z perfekcyjnym akcentem i wyszukanym słownictwem i ja się czuję po prostu głupia. Pewność siebie mi spada, czuję, że charyzma sięga dna. Takie to moje sytuacje z angielskim w podróży.

  • Ola

    Bardzo często mi się zdarza, że ktoś mówi do mnie w języku obcym, którym niby posługuję się praktycznie codziennie i NIC nie rozumiem ;) Oczywiście, tutaj wkracza też moja nie dość dobra znajomość angielskiego (ostatnio też rosyjskiego) i bardzo często muszę pytać kilka razy o co chodzi lub staram się wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Niestety, w Turcji (gdzie mieszkam) raczej rzadko zdarza mi się odnaleźć osoby, z którymi dogadam się chociażby łamanym angielskim i nawet tego nie oczekuję, bo niby dlaczego? :) Używam więc głównie tureckiego albo raczej próbuję coś wyczytać z intonacji, gestów i mimiki i jakoś to idzie :D

  • zazwyczaj językowe anegdoty wspomina się z uśmiechem na twarzy. Nie mówić w danym języku wcale – źle, mówić bardzo dobrze – też źle :-) Dystans i uśmiech jest chyba najlepszym rozwiązaniem, no chyba, że od znajomości języka zależy nasze życie…