– A gdzie nie byłaś? – zapytałam Sonię pierwszego dnia pobytu w Kolumbii, pierwszego dnia mieszkania u niej i pierwszego dnia naszej znajomości.
– W Amazonii…
– Ja bym bardzo chciała jechać, ale nie sama bo za drogo i samotnie…
– W sumie mogłabym z tobą pojechać – powiedziała Sonia.
Fajnie zabrzmiało, ale nie do końca potraktowałam to poważnie. Dopiero kiedy drugiego dnia temat powrócił zaczęłam myśleć, że może jednak się uda.

Dziesięć dni później, po krótkim zwiedzaniu miast i miasteczek wróciłam do Bogoty, a Sonia mi tłumaczyła co, jak, gdzie i kiedy…
– To my będziemy tak po prostu w dżungli spać?
– No przecież sama chciałaś! – odpowiedziała Sonia, która spędziła tydzień na planowaniu naszego wyjazdu.

Wyprawa do Amazonii to były jakby wakacje w trakcie wakacji. Cały mój wyjazd był kompletnie niezaplanowany – żadnej trasy, zastanawiania się co będę robić. Nic. Nawet przewodnik o Kolumbii tak naprawdę zaczęłam czytać dopiero w samolocie… Dla odmiany tydzień w Amazonii zaplanowany został całkowicie. Kupiłyśmy wycieczkę zorganizowaną dla nas dwóch i po wymianie wielu maili z Kike, biologiem z Hiszpanii, który kilka lat temu się przeprowadził do Kolumbii, program został dopasowany do naszych potrzeb i zachcianek.

Dzień 1.

Lot do Leticii, miasta gdzie stykają się Kolumbia, Brazylia i Peru trwał zaledwie 2 godziny. Wysiadłyśmy na małym lotnisku, każda wyszła innym wyjściem, bo Sonia jako Kolumbijka nie musiała wnosić opłaty dodatkowej… Żółta książeczka jest teoretycznie wymagana, ale nikt nie chciał jej oglądać.

Odebrał nas Philipe i zawiózł na 11 kilometr gdzie mieszkał Kike – kilka domków, wielkie psy, parę kotów, kilkoro innych turystów.

– A czekoladki na powitanie? – zapytała Sonia. – Przecież kiedy Kike się pytał co jemy, napisałam mu, że najbardziej lubimy czekoladę… – Philipe tylko się roześmiał.

Czekoladek nie dostałyśmy. Zamiast tego były gumowce, peleryny przeciwdeszczowe i hamaki. Gumowce na nogi, reszta do małych plecaków, razem z jakimś ubraniem, kosmetykami – na te ostatnie dużo miejsca nie było, bo hamak z moskitierą zajął więcej niż pół plecaka. I obowiązkowe środki na komary! Kike przyniósł piwo, które cudownie smakowało w panującej wokół temperaturze, zapalił papierosa i trochę pogadaliśmy.

DSC04444

Walter i Cristobal, nasi przewodnicy z plemienia Huitoto, mieli plecaki trzy razy większe od naszych. Jeden z nich miał też maczetę, a drugi strzelbę. Ruszyliśmy. Ponieważ było już późne popołudnie szliśmy drogą, żeby dotrzeć na nocleg o rozsądnej porze. Szliśmy i szliśmy, w gumowcach było gorąco, a droga robiła się coraz węższa. Kiedy zapadł zmrok weszliśmy pomiędzy drzewa, najpierw oczywiście wyciągneliśmy latarki, zakładając długie rękawy i pokrywając każdy wolny centymetr ciała środkiem przeciw komarom, które nagle bardzo się bardzo uaktywniły. Spacer nocny zabłoconą ścieżką wcale nie jest łatwy. Ścieżka była dosyć szeroka, czasami kiedy błoto było większe, w poprzek były przerzucone mniejsze czy większe pnie drzew, a przechodząc po nich trzeba było jeszcze bardziej uważać.

IMG_1980

W końcu, przy blasku księżyca dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Maloca to indiańskie miejsce spotkań. Ogromne. Dziewczyna, która była tam tydzień wcześniej opowiadała nam, że trafiła na święto i po wielkiej zabawie w środku spało ponad sto osób. Kiedy my doszliśmy było pusto, żadnych innych turystów, żadnych gości, tylko kilka mieszkających tam osób. Okazało się, że w ogromnym plecaku Waltera znajduje się też ryż i kiełbaski – nasza pierwsza kolacja. Jakkolwiek dziwnie to brzmi kiedy piszę – w indiańskiej ‘chacie’ spaliśmy na piętrze, w hamakach zawieszonych pomiędzy belkami i otulonych naszymi moskitierami. Jednak zanim poszłyśmy spać, posłuchaliśmy paru historii, podczas których ja zwątpiłam w swoja znajomość hiszpańskiego i w zasadzie byłam w stanie zrozumieć cokolwiek tylko kiedy któryś z naszych przewodników się odezwał. „Zapytam rano o czym mówili” – pomyślałam i w zasadzie skoncentrowałam się na odganianiu komarów, spróbowałam mambe (suszone liście koki), która dała wrażenie znieczulenia u dentysty, ambilu i rape (tytoń).

IMG_1788

Komary atakowały stadami i miałam wrażenie, że za chwilę mnie pożrą żywcem – długie spodnie i rękawy nie pomagały, a jednocześnie wydawało mi się, że jeszcze trochę więcej sprayu od komarów i się uduszę. Właściwie odetchnęłam z ulgą dopiero kiedy znalazłam się w hamaku. Spanie w hamaku było zdumiewająco wygodne, mimo, ze pozycja nie wydaje się zbyt naturalna. Bladym świtem obudziły mnie koguty, dźwięk deszczu, jakiś śpiew i radio, które co 15 minut podawało godzinę.

IMG_1792

Dzień 2.

O godzinie szóstej, kiedy było już jasno, ale słońce wciąż było bardzo blade, na zewnątrz panowała przyjemna temperatura. Mgły snuły się gdzieś między i nad drzewami, ale ja byłam zbyt leniwa, żeby wyciągać aparat. Komary rano już nie gryzły… Wróciłam do hamaka, ale trudno było już zasnąć, bo wszyscy się powoli budzili.

– W sandałach czy kaloszach? – zamyśliła się Sonia, kiedy już trzymałyśmy w ręku ręczniki. Wybór w końcu padł na kalosze i jak się okazało parę minut później, kiedy wpadłyśmy w błoto po kostki, był to dobry wybór. – To naprawdę blisko. – powiedział Cristobal, który nas prowadził…. Piętnaście minut później dotarliśmy do rzeki. Nie lubię rzek, nie kąpie się w rzekach, a kolor tej – brudno-brązowy – był wyjątkowo zniechęcający. Nie mogłam się jednak doczekać momentu kiedy się w niej zanurzę.

IMG_1777

Droga powrotna była o wiele przyjemniejsza – to zdumiewające jak humor może się poprawić, kiedy człowiek jest czysty i pachnący (no…może jeśli nie pachnący to przynajmniej również nie śmierdzący…). Nie na długo jednak, bo słońce było coraz wyżej i wyżej, nam robiło się coraz bardziej i bardziej gorąco i w końcu znowu było jak w saunie. Po drodze zwiedziliśmy ‘ogród’ z bananami i ananasami, a jednego z nich zabraliśmy na deser. Był to chyba najbardziej soczysty ananas jakiego kiedykolwiek jadłam – trzeba było się pochylić, żeby sok spływający po rękach aż do łokci spadał na ziemię a nie wsiąkał w ubranie.

IMG_1808

Kiedy znowu ruszyliśmy było lepiej. Kiedy nie byliśmy na otwartej przestrzeni, tylko wśród drzew cały czas mieliśmy cień i zapominałam, że gdzieś tam wysoko jest słońce. Szliśmy i szliśmy. Po niewidocznych ścieżkach, przez strumyki, po zwalonych drzewach.

DSC04450

– Muszę zajść do domu, po inne ubranie – powiedział Cristobal i zboczyliśmy z trasy. Chyba zboczyliśmy – trudno powiedzieć, wszystko wydawało mi się podobne. Dom miał dwie ściany i dach. Palenisko z przodu. Z tyłu kilka złożonych rzeczy, a u góry wisiał sznurek, na którym suszyło się ubranie. Nikogo więcej nie było. Żona i dzieci pojechały odwiedzić rodzinę kilka miesięcy wcześniej i… jeszcze nie wrócili.

DSC04441Przed domem Cristobala

Potem odwiedziliśmy sąsiada. Mieszkał niedaleko w podobnym domu. Dla sąsiada mieliśmy nowe baterie. Posiedzieliśmy, panowie pogadali i…dalej w drogę.
– Tutaj – powiedział Walter, nagle się zatrzymując.
– Co tutaj? – zapytałyśmy.
– Tutaj dziś śpimy.
Miejsce, w którym stałyśmy nie różniło się w żaden sposób od miejsca, przez które przechodziłyśmy 5, 10 czy 15 minut wcześniej. Było mokro, ciasno od drzew i gałęzi i panował lekki półmrok.

IMG_1935

Rozbijanie obozowiska nasi przewodnicy rozpoczęli od rozpalenia ogniska. Siadłam obok na zwalonym pniu, wcześniej zakładając na siebie dodatkowe dwie warstwy ubrania a każdą odsłoniętą część posmarowałam muggą – zaczynała się pora komarów. Sonia dla odmiany się rozebrała – wcześniej poślizgnęła się i wpadła do rzeki, musiała więc teraz wysuszyć ubranie. Wieszanie naszych hamaków też poszło szybko, a potem był czas na kolację. Okazało się, że w plecaku Waltera było jeszcze więcej ryżu – ugotował go na ognisku. Co do tego? Warzywa, które zabrali z maloki i ryby złowione w rzece, która przepływała parę metrów dalej.

IMG_1963

To była niesamowita noc. Kiedy zasypiałam, tuż przede mną wisiał księżyc. Była pełnia i w blasku księżyca dżungla wyglądała jak z bajki (czy może raczej z horroru?). Ale był to jednocześnie powód, dla którego nie widziałyśmy zwierząt – bo ponoć w czasie pełni księżyca trudno je spotkać. Zasypiałam słuchając koncertu – nic nie było widać, ale dużo było słychać.

– Po twojej moskitierze chodzą karaluchy – powiedziała Sonia w środku nocy, kiedy poczuła się źle i musiała opuścić bezpieczną przestrzeń hamaka.
– W środku czy na zewnątrz?
– Na zewnątrz.
– Aha…. – mruknęłam i nie przejmując sie tym owinęłam się szczelniej hamakiem, bo było dosyć chłodno.

Dzień 3.

Na śniadanie zjedliśmy złowione piranie (pyszne) i ugotowany na ognisku ryż. I poszliśmy dalej. Po powrocie do Omshanty nastąpiło coś cudownego… prysznic! Kike sprawdził, że żyjemy i mamy się dobrze i wyjaśnił co dalej.

Canopy. Podczas wcześniejszych podróży już miałam pewne doświadczenia: wchodzi się na drzewo, po lepszej lub gorszej drabinie, potem spacer nad drzewami… Sympatyczny sposób na spędzenie wolnego czasu, ale nic specjalnie ekscytującego. Dlatego też jakoś specjalnie nie czekałam na to. Jakie było więc moje zdziwienie kiedy doszliśmy do wielkiego drzewa z którego zwisały liny… Co dalej? Mamy się wspinać po linach??? Nie zdążyłam się nawet za bardzo zestresować bo nagle ‘coś’ zaczęło atakować. Komary! Założyłam uprząż i zaczęłam się wspinać. Metr, dwa, trzy… nie było łatwo, bo wciąż było gorąco, a ja miałam na sobie długą i ciepłą bluzę – lepiej spływać potem niż zostawić kawałek skóry dla komara!

IMG_1994

Dotarłam. Wspięłam się na 40 metrów i padłam. I leżałam odpoczywając kiedy naszych dwóch nowych przewodników rozkładało materace i moskitierę na platformę. Kilka szybkich zdjęć a potem siedzieliśmy w namiocie podziwiając najpierw zachód słońca a potem gwiazdy. Jedliśmy kanapki przy świetle latarek i księżyca starając się za dużo nie pić, bo przecież ‘toaleta’ była 40 metrów niżej.

– Ah, mamy dla was prezent – powiedział jeden z naszych przewodników, a potem wyciągnął… pudełko czekoladek!

Noc była chłodna i musieliśmy w nocy nałożyć płachtę przeciwdeszczową na moskitierę, żeby chociaż trochę się ogrzać. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy i w końcu zasnęliśmy ponownie słuchając ‘dżunglowego’ koncertu. Rano zjechaliśmy po linie – o! to było dużo łatwiejsze niż wejście!

IMG_2034

Dzień 4.

Tego dnia nadszedł w końcu czas na rejs prawdziwą Amazonką! Dwie godziny w szybkiej łodzi do Puerto Narino, małej wioski (3200 mieszkańców) – miejsca niesamowicie przyjaznego i uroczego.

IMG_2051

Chciałyśmy zobaczyć kajmany wieczorem i kiedy zapadł zmrok udaliśmy się na rejs po okolicznym jeziorze. Pełnia księżyca nie jest jednak dobrym czasem na oglądanie zwierząt i nie spotkałyśmy nawet jednego kajmana, ale w zasadzie nie miało to żadnego znaczenia. To była niezwykła przejażdżka i kiedy oglądaliśmy dżunglę od strony jeziora miałam wrażenie, że znajduję się całkowicie na zewnątrz. Trochę tak jakbym oglądała ją w telewizji – nie było gorąco, nie trzeba było się męczyć, księżyc przez który cały świat wyglądał jakby był z jakiejś bajki. I do tego te historie, których słuchaliśmy…

A na koniec dnia: spanie w normalnym łóżku!

Dzień 5.

Jeziora oglądane w dzień to zupełnie inne jeziora. A różowe delfiny są NAPRAWDĘ różowe! Szkoda tylko, że nie chcą pozować do zdjęć. A więc my pozujemy – w jeziorze, w łódce, na drzewach – bo przepływamy przez niezwykły las, rosnący w wodzie. Towarzyszy nam John, Irlandczyk, którego poznałyśmy dzień wcześniej w łodzi – student medycyny odbywający wakacyjna praktykę w Kolumbii. Podróżował sam więc zaprosiłyśmy go na naszą zorganizowaną i już opłaconą wycieczkę.

DSC04512

Jako przystawka próbujemy przed lunchem robaka. Mojojoj czy jakoś tak. Nazwy nie pamiętam – duża, tłusta i upieczona larwa. Pancerzyk trochę twardy i źle się żuje więc prawie staje mi w gardle i szybko przełykam.

IMG_2202

Zachód słońca nad Amazonką jest piękny i podziwiamy go z łodzi wracając do Leticii. Zdjęć prawie nie mam,  bo to jeden z tych widoków, które trzeba zachować w pamięci bo nigdy nie wyglądają aż tak dobrze na zdjęciach.

DSC04494

IMG_2241

Idziemy do hostelu, który poleca John. Pełen turystów, zatłoczone pokoje, kompletnie nam się nie podoba. Rozmawiamy ze znajomymi Johna i porównujemy wrażenia. Porównywanie jest w sumie zabawne: wszyscy mówią jak nie lubią zorganizowanych wypraw, jak fajnie jest robić wszystko samodzielnie. Hmmm… w sumie się zgadzam, ale nasze zorganizowane dni wydają sie być o tyle ciekawsze niż ich kilkugodzinne wycieczki i późniejsze siedzenie przy piwie… Nie żebym nie lubiła piwa, ale…

Dzień 6.

W Leticii rozpoczyna się akurat festiwal trzech sąsiadujących krajów. Parada, występy. Oglądamy i odpoczywamy…
Odpoczynek jest nam potrzebny. Cały dzień ‚nic nierobienia’ :)

IMG_2277

IMG_2285

  • Super przygoda, przeczytałam jednym tchem! Chciałabym kiedyś przeżyć coś podobnego, żeby się przetestować :D

  • Wspaniała przygoda, zazdroszczę! :) Taka wyprawa do dżungli marzy mi się i liczę, że kiedyś uda się ów marzenie spełnić. Super się czyta. A dżungla wygląda groźnie, ale pociągająco. Nic was w tej rzece nie próbowało zjeść ;) Ani w nocy w hamaku? (oprócz komarów ;) )

    • Nic oprócz komarów nie gryzło, ale następnego dnia w rzece łowiliśmy piranie ;)

  • My tez właśnie wróciliśmy z Amazonii ( z ekwadorskiej części ) i nie sądziliśmy, że aż tak będzie nam się podobało. Nie byliśmy jednak tak odważni i nie próbowaliśmy larw ( nie wyglądają smakowicie :) ).

    • Byliście we dwójkę i razem nie spróbowaliście.
      A jak ja mogłam nie spróbować, skoro pozostałe dwie osoby spróbowały? No nie dało się ;)

  • Za larwy jednak bym podziękował, ale pirania z ognia? Dlaczego nie!
    Fajna wycieczka, bujna roślinność, która kipi zielenią dookoła… to musi robić wrażenie! Taka wycieczka do dżungli na pewno jest na mojej liście rzeczy, których kiedyś będę musiał spróbować.
    Jedyna rzecz, która zniechęca, to te komary, ale przecież nie można mieć wszystkiego :)

    • Komarów można mieć dużo :D
      Doliczyłam się 50 ugryzień na plecach (przez koszulkę) i przestałam liczyć…

  • Super sprawa. Mi od dawna marzy się coś takiego i nie mogę się doczekać kiedy będę miał szansę pochodzić po dżungli amazońskiej, spróbować piranii czy larwy… no dobra larwy nie musi być w menu :D

  • Świetna wycieczka!
    Amazonia przed nami, ale wiemy, że chcemy w niej spędzić dużo czasu, mnie się marzy przepłynąć całą lub znaczną jej część. Masz może namiary na osobę / biuro przez które załatwiałaś to wszystko? I czy mogłabyś napisać jakiego rzędu są to koszty? Za chwilę będziemy w Kolumbii i przydadzą nam się sprawdzone namiary.