Przejście pomiędzy rokiem 2005, a krajem, którego nie ma, nie jest proste.*
Zwłaszcza po deszczu, bo plecak staje się niewiarygodnie ciężki, kiedy trzeba balansować w błocie (a waży zaledwie 12 kilogramów!)
Jednak udaje się przejść, przeskoczyć kałużę, nie przewrócić się, nie wpaść po kostki w błoto i dotrzeć do białego budynku, przed którym uśmiechnięci ludzie głośno krzyczą: „Witamy w Somalilandzie!”.
Jesteśmy. Jesteśmy w kraju, którego nie ma**.

IMG_20130727_175743granica pomiędzy Etiopią i Somalilandem

Ruszamy dalej, drogą, której też nie ma. Jest za to jakby pole czy łąka. Samochody jadą tam,gdzie ich kierowcom wydaje się, że będzie trochę lepiej – mają nadzieję, że się nie zakopią. Nam się nie udało, trzeba wysiadać. Na szczęście taksówki są pakowne – w jednej mieści się sześciu pasażerów. Elegancko ubrana dziewczyna w szpilkach, które od razu grzęzną w błocie, pierwsza krzyczy: „No to pchamy!”.

*Etiopia posługuje się kalendarzem etiopskim, tak więc kilka miesięcy temu był tam rok 2005 (Nowy Rok przypada we wrześniu, więc pod koniec 2013, gdy piszę te słowa, jest już 2006 r.)

**Republika Somalilandu, mimo że niepodległa od ponad 20 lat, nie została uznana przez żaden inny kraj. Państwo nie jest zaznaczone na mapach.

Jak to się w takim razie stało, że tu jesteśmy?

Jakkolwiek dziwnie by brzmiała ta odpowiedź, jesteśmy tu tylko dlatego, że Lonely Planet w czerwcu 2013 wydał nową wersję przewodnika po Etiopii. W odróżnieniu od wersji poprzedniej, nie była to już „Etiopia i Erytrea”, ale – „Etiopia, Somaliland i Dżibuti”.

Pamiętam, jak stałam w punkcie ksero czekając na kolejne rozdziały przewodnika, aż w końcu trafił w moje ręce rozdział o Somalilandzie, gdzie napisane było: For seasoned travellers in search of a totally unusual travel experience, Somaliland is a must. („Dla wytrawnych podróżników szukających niezwykłych podróżniczych doświadczeń, Somaliland jest pozycją obowiązkową”). Wolałam nie rozstrzygać czy jestem wytrawnym podróżnikiem czy nie (w Afryce zdecydowanie tak się nie czuję), tylko skupiłam się na słowie „obowiązek”.

A co ciekawego jest w Somaliandzie? pytały moje współtowarzyszki podróży na lotnisku w Kairze, gdzie spędziłyśmy długie godziny. Zacytowałam wtedy wstęp i wyglądało na to, że im opis też się spodobał.

 Hargejsa

W stolicy nie widać turystów, a my, trzy dziewczyny, wyróżniamy się na ulicy tak bardzo, że dosłownie każdy nas zaczepia. Jedni krzyczą „hello!”, „witamy”, inni zadają kilka pytań, bo więcej nie umieją powiedzieć po angielsku, a ci w samochodach zatrzymują się żeby pogadać.
Najczęstsze pytania: „Czy czujecie się tu bezpiecznie?” i „Jak to się stało, że tu jesteście?”.

IMG_20130727_222213

Hargejsa, choć liczy ponad milion mieszkańców (i nie wygląda na to) ma jedną główną ulicę – Niepodległości – która ciągnie się przez całe miasto. To właśnie nią idziemy w poszukiwaniu Departamentu Turystyki. Sporo czasu zajmuje nam zrozumienie, że zagadujący nas po drodze ludzie wcale nie chcą pieniędzy. Zatrzymujemy się na chwilę, żeby sprawdzić na mapie nasze położenie i w tym samym momencie, kiedy odnajdujemy na niej pałac prezydencki, strażnicy nas spod tego pałacu przeganiają – nie wolno się zatrzymywać, trzeba iść dalej. Zanim jednak zdążymy się oddalić, jeden z krzyczących przed chwilą strażników dogania nas i pyta… skąd jesteśmy, jak mamy na imię, jakie są nasze zawody. Na tym jego znajomość angielskiego się kończy, ale sądząc po tym jaki jest zadowolony, taka mu najwidoczniej wystarczy.

Po kilkukrotnym przejściu w tę i z powrotem ulicą Niepodległości poddajemy się: nikt nie potrafi nam wytłumaczyć, gdzie może być Departament Turystyki, obchodzimy po kolei wszystkie ważne budynki i nic.

Postanawiamy wobec tego znaleźć ambasadę Etiopii – w końcu trzeba będzie załatwić kolejną wizę. Kolejne pół godziny krążenia w kółko daje ten sam wynik. Wracamy ulicą Niepodległości, nadal wszyscy nas zaczepiają.

– O, jakieś biuro podróży – mówi nagle Eliza. – Może zapytamy o wycieczki?
– No co ty, tylko bilety lotnicze, nic nam to nie da.
– Nie zaszkodzi zapytać – stwierdza zdecydowanie Eliza i wchodzi do biura.
Faktycznie – tylko bilety lotnicze, nie mogą nam pomóc. To znaczy – pracownicy nie mogą, ale szef, który właśnie wyszedł ze swojego biura i jest nami tak samo zainteresowany jak ludzie na ulicy, postanawia, że musi nam pomóc. Tym bardziej, że jego kuzyn pracuje w Departamencie Turystyki.

– Hm, jaki jest wasz lokalny numer? – pyta Ibrahim, próbując jednocześnie dodzwonić się do kuzyna.
– Nie mamy lokalnego numeru, dopiero tu przyjechałyśmy.
– No dobrze, w takim razie… – Na stole pojawia się kilka komórek, z jednej szef biura wyciąga kartę sim i podaje ją nam. – Doładuję wam jeszcze konto, żebyście mogły dzwonić.

– Nie martwcie się – mówi Ibrahim kiedy wracamy z hotelu przed zamknięciem biura. – Ja się na pewno z nim jakoś skontaktuję.
Wobec tego nie martwimy się, ale jesteśmy głodne, a restauracja Saba, która ma być jedną z lepszych w mieście [według przewodnika], nie jest zaznaczona na naszej mapie. Ibrahim też jest głodny, to przecież ramadan. Musimy poczekać na niego kilka minut aż coś przekąsi i „zaraz was tam zawiozę”. Jeszcze tylko szybki telefon do taksówkarza, zapisujemy jego numer telefonu: – Tylko jak do ciebie zadzwonią te turystki, którym teraz daję twój numer, to ich przypadkiem nie oszukaj, masz im podać normalną cenę!
Poznajemy normalną cenę taksówki, tak na wszelki wypadek, i jedziemy.

Restauracja Saba składa się z pokoi, w których siedzą grupy ludzi. Dostajemy własny pokój, kelner przynosi rosół jako przystawkę, a zaraz za nim pojawia się wysoki mężczyzna. Wita się z nami płynną angielszczyzną i dodaje:
– Widziałem, jak was dziś przeganiali spod pałacu prezydenckiego. Ja jestem bratem właściciela…

I tak sobie rozmawiamy, wysoki służy nam za tłumacza, bo kelner mówi tylko w lokalnym języku, a czegoś takiego jak karta dań nie ma. Koźlina okazuje się być pyszna, soki jeszcze smaczniejsze, tyle że w pewnej chwili dociera do nas, że nie znamy ich cen. Uppsss… Co będzie, to będzie.

Nagle telefon. Pan z ministerstwa turystyki. Mamy zadzwonić jutro, wszystko załatwimy.
Kolejny telefon: – Czy mój kuzyn z ministerstwa już dzwonił?

Po fantastycznej kolacji, która kosztowała nas w trzy osoby 11 dolarów brat właściciela odwozi nas do hotelu. Miasto późnym wieczorem jest zatłoczone, gwarne. Powoli poruszamy się w korku i rozmawiamy o tym, że tylko teoretycznie nie można kupić alkoholu, można kupić wszystko, ale on nie poleca. Chustek na głowie też nie musimy nosić, jednak jeśli będziemy je miały, będzie w sumie lepiej.

Drogę do hotelu udaje nam się znaleźć za drugim razem, za pierwszym razem się zgubiłyśmy. Tak, pisałam, że jest jedna główna droga, ale i tak się zgubiłyśmy. Ja zawsze się gubię, gorzej, gdy trafiam na innych, którzy się gubią.

Na pobliskim targu kupujemy chustki, czy też szale, i w klimatyzowanym hotelowym pokoju ćwiczymy wiązanie.

IMG_20130727_205957

To ciekawe, kiedy rano idziemy tą samą trasą w chustkach na głowach, jesteśmy nadal zaczepiane, ale nie tak intensywnie jak pierwszego dnia. Stajemy się też jakby bardziej widoczne dla kobiet.

Trafiamy wreszcie na jedną osobę, która wie gdzie mieści się ministerstwo turystyki. Nie tylko nam je pokazuje, ale nawet zaprowadza bezpośrednio do odpowiedniego biura.

Nie do wiary! Przecież wczoraj siedziałyśmy jakieś 50 metrów stąd! Na wielkiej tablicy widnieje napis: Ministerstwo Sportu, Kultury i … (czegoś tam jeszcze). Ktoś przekreślił kredką ostatni wyraz i dopisał „turystyki” – niewidoczne z odległości 50 metrów.

Kuzyn Ibrahima, dyrektor departamentu, już nas oczekuje. Załatwiamy wszystko, płacimy za co trzeba – wcale niemało, ale mamy niewiele czasu, a innej opcji nie ma. Mahamed ma być kierowcą. Mahamed nam pokaże malowidła. Mahamed oprowadzi po jaskiniach. Słuchamy i słuchamy i nie wiem nawet w którym momencie „Mahamed pokaże/zrobi” zamienia się w „my zrobimy”.

IMG_1614
z dyrektorem Departamentu Turystyki

Kupujemy jedzenie na lunch, zabieramy bagaże z hotelu i podjeżdżamy pod dom, z którego wychodzi dyrektor z torbą. Jedziemy na dwudniową wycieczkę.

Traktowany jako część Somalii, Somaliland nie istnieje jako samodzielne państwo, nie jest uznany przez inne państwa, nawet zaznaczony na mapie. I dlatego właśnie, chociaż jest tu wiele do odkrycia, nie przyjeżdżają tu archeolodzy – kto by przyjeżdżał do Somalii? Dostała się tu [tylko] jedna grupa francuskich archeologów. To właśnie oni w 2002 roku odkryli Laas Geel.

Laas Geel

W języku somalijskim Laas Geel oznacza ”studnia wielbłąda”. Prawdopodobnie było to miejsce pobytu pasterzy wielbłądów. Dokładna data powstania malowideł nie jest znana; twierdzi się, że pochodzą z okresu neolitycznego, sprzed około 5 tysięcy lat temu. Odkryto około dwudziestu jaskiń z rysunkami naskalnymi.

IMG_1693

To niesamowite wrażenie, oglądać rysunki naskalne sprzed kilku tysięcy lat wiedząc, że można je zwiedzać od niedawna oraz że prawie nikt o nich nie wie. Wpisujemy się w księdze pamiątkowej: jest koniec lipca, jestem dwudziestą turystką w tym miesiącu…

Reakcje znajomych i rodziny na wiadomość gdzie się nagle znalazłyśmy są podszyte niepokojem i czasem lekką histerią. Tłumaczymy, że to Somaliland, a nie Somalia. Wojny nie ma, jest bezpiecznie. Ludzie są życzliwi i pomocni. Na szczęście internet działa dobrze. Telefon też. Używając lokalnej karty, na której mamy około półtora dolara, każda z nas dzwoni do domu do Polski. Zostaje jeszcze około 60 centów…

– Moi rodzice pewnie teraz sprawdzają w Internecie gdzie jestem – mówi Eliza po rozłączeniu się.
– „O Boże, ona jest w jakimś dziwnym kraju!” – Gosia cytuje swoją mamę wzbudzając ogromne rozbawienie naszych opiekunów.
Moja mama zareagowała spokojnie, więc już po powrocie spytałam:
– A ty się nie przejęłaś, że my w Somalilandzie?
– Napisałaś, że kilka dni w Hararze i kilka dni w Somalilandzie. Harar był na mapie, Somaliand nie, pomyślałam więc, że to jakaś mała miejscowość. Dopiero po kilku dniach, kiedy przyszedł sms „znowu jesteśmy w Etiopii” spojrzałam na mapę, ale Somaliandu nadal nie było. Była Somalia.
Hm… Do Somalii bałbym się pojechać.

P1090729.RAWja i Gosia w Laas Geel (photo by Eliza)

Posiłek na odludziu, z widokiem na skalne malowidła ma niewątpliwie swój urok. Nikt się nie śpieszy, wręcz nie wolno się śpieszyć. Tam, dokąd jedziemy, będzie gorąco i lepiej będzie jak zjawimy się tam dopiero wieczorem.

IMG_1658

Po drodze do Berbery zatrzymujemy się kilkukrotnie, by obejrzeć stare muzułmańskie i chrześcijańskie groby, a potem żeby kupić koźlinę w ponoć najlepszym miejscu na trasie.

IMG_1703

Zwalniamy, żeby obejrzeć skały kształtami przypominające wkurzoną małżeńską parę, aż w końcu zaczyna zapadać zmrok.

IMG_1706

Przystajemy w przydrożnym barze, żeby nasz strażnik (obowiązkowy towarzysz wszystkich turystów poruszających się po Somalilandzie) mógł coś zjeść. Ktoś wcześniej zażartował, że tylko on jest prawdziwym muzułmaninem. Faktycznie, ani dyrektor, ani kierowca nie przejmują się ramadanem.

Bar – to długie stoły poustawiane na podwórku – jest pełen mężczyzn. Siedzą przy zastawionych stołach i czekają. Kiedy rozlega się głos muezzina, wszyscy rzucają się na jedzenie. Wszyscy prócz nas.

Zatrzymujemy się jeszcze tylko raz: by zabrać 10, może 12-letnią dziewczynkę. W zupełnych ciemnościach idzie sama poboczem drogi, a do miasta jest jeszcze ponad 30 kilometrów. Wywiązuje się, kompletnie niezrozumiała dla nas, dyskusja, a parę kilometrów dalej zatrzymujemy się przy sklepiku. Cała trójka panów wychyla się przez okna samochodu i wrzeszczy na faceta, stojącego przy zaparkowanym wozie. To wujek dziewczynki, miał ją zawieźć do miasta, ale chciał zgwałcić. Uciekła i szła sama.

Do Berbery dojeżdżamy w kompletnej ciemności. Jest ósma, a termometr w samochodzie pokazuje 39°C. Pod prysznicem jest tylko jeden kurek, do zimnej wody, a i tak woda jest zbyt ciepła – tylko zimna a nie lodowata. Wchodząc z korytarza do pokoju, w którym temperatura jest ustawiona na 27 stopni, mam wrażenie, że wchodzę do lodówki.

Podczas ramadanu muzułmańskie miasta ożywają dopiero wieczorem. Na ulicach jest pełno ludzi i Berbera tętni życiem. Rano miasto będzie wyglądało na zupełnie wymarłe.

Noc jest dobrą porą na zwiedzenie piekarni, w której właśnie piecze się chleb, a murale na ścianach opowiadają historię miłosną – dzięki piosence znaną ponoć w całym Somalilandzie.

IMG_1765

To dobra pora również na żucie czatu na hotelowym tarasie z widokiem na port. Eliza odmawia: nie będzie żuła i już. Ja i Gosia próbujemy, żujemy i żujemy… I chyba nic.

O siódmej rano jest już niewiarygodnie gorąco, ale wstajemy. Zwiedzamy.

P1090817
siódma rano…

Rozwalające się, często puste pokolonialne domy potęgują wrażenie wymarłego miasta. Dyrektor po drodze spotkał burmistrza miasta, który był kiedyś jego uczniem. Burmistrz akurat jedzie do portu, więc my też tam.


IMG_20130729_112720

Robienie zdjęć nie jest łatwe, gdy walczę z wiatrem przytrzymując okrywającą mnie chustkę – muzułmański kraj, trzeba skromnie wyglądać. Wiatr ma jednak inne zdanie.

Lunch jemy po kryjomu w domu kuzyna. Był on kiedyś kapitanem [statku], opowiada nam o tym i czas mija szybko.

IMG_1869

 

Mam wrażenie, że w Berberze nic szczególnego nie robimy, a jednak ogromnie mi się tu podoba., Chodząc pustymi uliczkami wśród rozwalających się budynków, czuję się jak w jakimś post-apokaliptycznym filmie.

IMG_1812

Plaża jest szeroka i pusta, a woda zimna. Środek dnia, jest coraz bardziej gorąco.

IMG_1911

Hergejsa wita nas ulewnym deszczem i temperaturą niższą o 25 stopni. Zimno.

IMG_2027

Dzień czwarty i chyba ostatni, jeśli uda nam się załatwić wizy.

Wiemy już, która droga prowadzi do ambasady etiopskiej – trzeba skręcić w lewo za pałacem prezydenckim. Dochodzimy do końca drogi. Po prawej znajduje się jeden jedyny budynek, i NIE jest to ambasada. Bezradnie rozglądamy się dookoła, aż paru elegancko ubranych mężczyzn opierających się o samochód zagaduje nas i pyta w czym problem. Oni też czekają na wizy, ale ambasada jeszcze zamknięta. Co prawda, ambasada nie pojawia się po tym oświadczeniu, ale postanawiamy czekać – może oni wiedzą co robią?

Czekamy i czekamy. W pewnym momencie mężczyźni ruszają wąską, ledwo widoczną, wydeptaną ścieżką. Zrywamy się i idziemy za nimi. Po kilkudziesięciu metrach ścieżka kończy się. Z lewej mur. Przed nami zamknięta na kłódkę brama. Z prawej – krzaki i śmieci. Po chwili wahania przechodzimy przez zasypane śmieciami krzaki i idziemy kolejną ścieżką. Na jej końcu, przy stoliku pod drzewem siedzą kobieta i mężczyzna. Nie mówią po angielsku, przed nimi leży jakiś zeszyt, a oni sami bardzo chcą zabrać nam plecaki.

Po krótkiej sprzeczce wygrywamy. Czy to nie fascynujące, że można się kłócić nie znając języka?
Tak, ten nieoznaczony budynek, prawie niewidoczny za bramą, bez żadnej, nawet najmniejszej flagi, to ambasada Etiopii.

Już wiemy za to jak dotrzeć do Departamentu Turystyki, gdzie witają nas jak dobrych znajomych. Spotykamy się z wiceministrem. Pyta, jak nam się podobało i jak spędziłyśmy tutaj czas – jest miło, ale poważnie.

– O nie, ja tego nie zrobię! – mówi jedna z moich towarzyszek kiedy już wychodzimy na zewnątrz. Druga dodaje szybko: – Ja też nie! No cóż, wygląda więc na to, że ja będę musiała udzielić wywiadu somalilandzkiej telewizji, która właśnie czeka na nas przed wyjściem.

IMG_1986

Do granicy znowu jedziemy drogą, której nie ma. Udaje nam się tym razem nie zakopać – mamy duże szczęście, bo w jednym miejscu spotykamy chyba sześć (!) zakopanych samochodów. Po polach, łąkach i błocie ścigamy się z ciężarówką. Ona wygrywa.

IMG_2041

Po raz ostatni oglądamy rysunki naskalne sprzed kilku tysięcy lat. W szczerym polu, wydaje się, że w miejscu trudno dostępnym, ale niestety Polacy już tu byli. Niestety, bo na skale, wśród czerwonych malowideł bije w oczy duży napis „Jasło 2010”. Trudno to skomentować inaczej niż ”jacyś debile z Jasła byli w Somalilandzie”. Wstyd nam za rodaków, więc podczas dyskusji na temat „turyści niszczą” po prostu milczymy i nie przyznajemy się, że to nasi.

IMG_2047

Granica, którą przekraczaliśmy parę dni temu, to już znajome miejsce. I suche – tu chyba deszcz nie lał, bo przechodzimy bez problemu. I teraz następuje właściwie jedyny zgrzyt tej podróży. Nadal nie wiem, jak do niego doszło: nie dogadałyśmy się dokładnie co do płacenia za drogę do granicy? Nam się wydawało, że się dogadałyśmy. Hm.
– Ponieważ to wydarzyło się już w Etiopii – podsumowuje Eliza – możemy przyjąć, że w Somalilandzie było idealnie.

I tego się będziemy trzymać, to były fantastyczne cztery dni.

Somaliland, sierpień 2013

 

 

 

  • Hm, hm…no musze przeciez w koncu dodac, wsrod tych grobow chrzescijanskich i muzulmanskich „chlopaki” pokazaly Nam tez i kilka zydowskich ;)

  • Świetna relacja! Ciekawi mnie smak koźliny, jesteś w stanie ją do czegoś porównać?

    • Dzięki :)
      Hm… smak koźliny – chyba nie potrafię porównać. Po pierwsze, że w dwóch miejscach gdzie jadłam była inaczej przyrządzona i przez to smakowała też inaczej. Poza tym – nie jestem pewna czy gdybym próbowała z zamkniętymi oczami byłabym w ogóle wstanie zgadnąć, że to koźlina – było to dla mnie coś pomiędzy wołowiną a jagnięciną.

  • Afryka, poki co, zdecydowanie mnie bardziej przeraża niż fascynuje.

    • Mnie przerażające rzeczy też czasami na swój sposób fascynują więc w sumie wszystko pasuje :)

  • „Jak zostałam travelbrytą” :D A to kozie mięsko dobrze wygląda, nigdy nie jadłam, a chętnie bym spróbowała.

    • Bycie travelbrytą to ostatnia rzecz na którą bym miała ochotę! :D
      Koźlina pyszna – jak się kiedyś trafi okazja to koniecznie spróbuj.

  • Kawał porządnego reportażu! Widzisz, Afryka jest dla mnie kontynentem zupełnie nieodkrytym, aż dziw, że wybrałem to miejsce na jedno, bardzo ważne w moim życiu, wydarzenie. Jednocześnie mam jakoś w głowie to, że odkrywać ten kontynent zacznę dopiero, jak do tego dorosnę. Ty już dorosłaś do tego, świetna robota!

    • To dorastaj Marcin, bo chętnie bym spojrzała na Afrykę Twoimi oczami :)

  • Afryka od dziecka mnie fascynowała, ale z wiekiem coraz bardziej mnie przeraża. Jedno jest pewne – któregoś dnia postawię nogę na czarnym lądzie i zapewne zakocham się bez pamięci :)

  • Świetnie się czytało! Cztery dni, a przygód wystarczyłoby na miesiąc.

    Dowiedziałam się tutaj ciekawych rzeczy o miejscu, o którym mało się słyszy… O ironio, główna ulica ma nazwę Niepodległości. Polski też kiedyś na mapie nie było, mamy więc coś wspólnego. Może kiedyś zobaczę Somaliland na własne oczy.

  • Dość ekstremalne zwiedzanie!

    • Skądże ;)
      Było zdumiewająco prosto i wygodnie. Tyle, że miejsce prawie nikomu nieznane ;)