- Gdzie jedziesz? – usłyszałam, żeby zaraz po udzieleniu odpowiedzi usłyszeć wypowiedziany z przekąsem komentarz: – No tak, tacy jak ty to nie mogą, jak normalny człowiek, jechać do Egiptu…

 Byłam w Egipcie.

W Polsce był wyjątkowo upalny sierpień i już kiedy czekałam na opóźniony czarter było mi gorąco. Pierwszy lot czarterem i mój pierwszy szok. Klik, klik, klik, klik – kakofonia rozpinanych pasów otoczyła mnie zewsząd gdy tylko zniknął symbol „zapiąć pasy” i po chwili zostałam wgnieciona w fotel przez dziecko, które koniecznie musiało wyjrzeć przez moje okno, a jego ojciec zaraz zrobił to samo. Lot mijał w hałasie i zamieszaniu, a krótki spacer do toalety niestety nie zakończył sie sukcesem, bo po otwarciu drzwi ukazał mi się widok, który sprawił, że postanowiłam poczekać do lądowania i zamknęłam drzwi nawet nie wchodząc do środka.

Nie wiem czy ja miałam pecha z tym lotem czy to taka norma. Nie wiem, bo nigdy więcej nie leciałam później czarterem i szczerze mówiąc specjalnie mi się nie spieszy.

Dahab miał być miłym, relaksującym miejscem, bardziej turystyczny niż parę lat wcześniej, ale i tak bardziej luzacki od pobliskiego Sharm-al-Sheikh. I taki właśnie był.

Dni były cudownie jednakowe: wczesne śniadanie w knajpce tuż obok morza, szykowanie sprzętu w centrum nurkowym, wyjazd, nurkowanie, przerwa na lunch, nurkowanie, powrót, zimne piwo, odpoczynek, wspólna kolacja w knajpie.

I tak dzień po dniu. Zmieniały się korale i rybki w wodzie, odwiedzane knajpy czy tematy rozmów, ale rozkład dnia nie różnił się niczym. Po tygodniu, kiedy przyszedł czas, żeby jechać do Kairu zobaczyć piramidy, budząc sie rano stwierdziłam, że skoro piramidy tyle lat stały to jeszcze może postoją.

Tak więc spędziłam całe dwa tygodnie w miasteczku Dahab, prawie nie wystawiając stamtąd nosa, jeśli nie liczyć dwóch jazd na quadach

Pogoda była piękna, woda w morzu ciepła, rybki pływały wśród korali. Jedzenie pyszne, piwo zimne, a wysłane poduchami siedzenia w knajpach zachęcały do spędzania tam długich wieczornych godzin na rozmowach ze znajomymi.

Do tej pory wspominam ten wyjazd jako jedne z najbardziej relaksujących wakacji. I z każdym razem, kiedy jadę w jakieś chłodniejsze miejsce, tęsknię za ciepłym morzem i plażą.
Za każdym razem, kiedy zastanawiam się czy jechać w nowe miejsce czy w to, które znam, wybieram coś nowego i tylko dlatego właśnie nie jeżdżę do Egiptu.

 

 

  • Zazdroszczę zwłaszcza tego nurkowania. Podobno Morze Czerwone jest jednym z najpiękniejszych miejsc na uprawianie tego konika… Też chyba ciągnęłoby mnie bardziej pod wodę, niż pod piramidy.

    • To bardzo fajne miejsce na nurkowanie – minusem były czasami tłumy – a jak nie tłumy to po prostu dużo ludzi – znacznie więcej niż w innych miejscach gdzie nurkowałam.

  • Nigdy nie nurkowalam, to musi byc niesamowite uczucie!!!

  • A widzisz, ja z kolei powiedziałem kiedyś, że jeśli pojadę do Egiptu, to tylko z biurem, bo nijak mi się nie kalkuluje inaczej. A że z biurem podróży jeszcze nigdy nigdzie nie byłem, to pewnie jeszcze trochę potrwa zanim tam trafię. W każdym bądź razie ja mam odrobinę inaczej – do pewnych miejsc wracam nie raz, i to dosyć często, ale po prostu wynika to z tego, że są mega interesujące. Pozdrawiam!

    • Marcin, ja podliczyłam wszystko po powrocie i cenowo ten moj samodzielny wyjazd był taki jakbym jechała z biurem – różnica dla mnie polegała głównie na tym, że nie byłam skazana na hotelowe jedzenie co było fajne, bo knajpy w Dahabie były naprawdę fajne :)

  • Byłem w Egipcie parę ładnych lat temu . Nie powiem podobało mi się. Ale czy bym wrócił ? Może , ale za kolejnych kilka lat. Nie nurkowałem, ale czytałem i słyszałem w wielu miejscach, że naprawdę warto :)