Wiem, wiem, oszukali nas nie raz, ale często zdawaliśmy sobie sprawę, że to czy tamto nie będzie nam potrzebne, że to bzdura, że można olać.
Czy przyszło wam jednak do głowy, że tak często powtarzane stwierdzenie „Ucz się angielskiego, bo z angielskim wszędzie się do gadasz” też było nieprawdziwe?

Ja wierzyłam w to bardzo mocno i pilnie się uczyłam. Na początku faktycznie wydawało mi się to prawdą, wszędzie dawałam sobie radę, wszędzie się dogadywałam i i widziałam o ile łatwiej jest podróżować dzięki znajomości angielskiego.

A potem pojechałam do Tajlandii. Mówi się, że jest to raj dla backpacersów: łatwo, miło, przyjemnie, nie ma problemów z komunikacją, transportem czy czymkolwiek innym. Tak, to prawda. Tak jest w turystycznych rejonach i ci narzekający na komercję i turystyczność tego kraju zapominają, że są tam również zupełnie inne miejsca. A do takiego właśnie miejsca trafiłam ja: mała wieś gdzieś na południu kraju.
Przyznaję, że to mi otworzyło oczy i było to świetną lekcją podróżowania i nauką jak się dogadać kiedy nikt wokół nie mówi w języku, który ty znasz.

No tak, ale to była mała wioska – takich miejsc jest wszędzie dużo, w Polsce też.

Czy wyobrażacie sobie jednak, że spędzacie tydzień w jakimś kraju, odwiedzacie jego główne atrakcje i w ciągu całego pobytu spotykacie tylko jedną osobę, która mówi po angielsku?
Tą jedyną mówiącą po angielsku osobą w Beninie, którą spotkaliśmy był przewodnik wymieniony z nazwiska w przewodniku książkowym (niech żyją przewodniki! – do czegoś jednak się przydają). Nie była to jednak wyjątkowo biblia backpackersów, Lonely Planet, bo akurat o tym kraju LP nie ma, był to przewodnik Bradt. (Swoją drogą to kolejna rzecz, w którą aż trudno uwierzyć: nie ma przewodnika LP o jakimś kraju!).

No dobra, powiecie: Benin, ale kto tam w ogóle jeździ i po co? (czy cytując mojego kolegę: Benin, a co wy tam k*^*^ będziecie robić???)

Porozmawiajmy więc o Peru – dzięki Machu Picchu bardzo turystyczne miejsce. Ile to razy się dziwiłam, że nie można się gdzieś dogadać po angielsku w miejscach, które wydawały się turystyczne. Nie żebym narzekała, bo hiszpański to mój drugi ulubiony język, ale zdziwiona byłam.

Od kiedy zaczęłam podróżować sytuacji, w których podróżując sama lub ze znajomi nie byłam w stanie się dogadać w żadnym ze znanych mi języków (bądź języków znanych znajomym) już nie zliczę.

Nauczyłam się, że czasami wcale nie trzeba języka, żeby się dogadać – im więcej doświadczenia tym łatwiej komunikować się w sposób pozawerbalny. Jednocześnie jednak wolę podróżować po miejscach gdzie znam język, bo dla mnie ważne jest nie tylko żeby się dogadać, ale jeszcze lubię porozmawiać i wymienić doświadczenia.

Tak czy inaczej, do tej pory z rozbawieniem przypominam sobie pierwsze niedowierzanie, kiedy okazało sie, że jednak nie wszędzie można dogadać się po angielsku.

A jakie są Twoje doświadczenia? Wystarczy angielski czy nie?

IMG_3775

  • Dokładnie wiem o czym piszesz. Jestem teraz w Indiach i to właśnie komunikacja na migi pozwala mi się dogadać :) Bez angielskiego ani rusz. Ilu można spotkać fantastycznych podróżników po drodze!

    • Tak Nadia, często angielski przydaje się do komunikacji z innymi podróżnikami, a ręce wielokrotnie do rozmowy z ludnością lokalną ;)

  • Ewa

    Ja i w Londynie miewałam problemy z dogadaniem się po angielsku… choćby na China Town ;) Niby każdy po angielsku, a jednak komunikacja leżała :D
    A tak serio – dogadać można się bez angielskiego/danego języka, ale już coś więcej… to raczej nie ;)

  • Daleko nie trzeba szukać. Czy ktoś dogadał się z Węgrem? W skrajnych przypadkach rąk zaczyna brakować :)

  • Dokładnie tak, ale Peru było jednak dla mnie rajem jeśli chodzi o angielski, po dłuższym pobycie w Boliwii ;)

    • Dla mnie Boliwia była rajem… wszyscy mówili tylko po hiszpańsku czyli w języku, który uwielbiam i ktorego chciałam się uczyć.

  • Absolutnie się zgadzam, że zawsze znajdzie się sposób na dogadanie, nawet jak się nie zna języków. Ja jednak zawsze staram się mieć podstawy i mówić w kilku językach, choćby na poziomie podstawowym. W ogóle nie mówię po hiszpańsku, więc to chyba powód, dlaczego jeszcze nie byłem w Ameryce Południowej. Ale już na przykład wyjeżdżając do Chin do pracy, byłem po rocznym kursie chińskiego i to zdecydowanie uratowało mi tyłek i sprawiło, że odbiór tego kraju był zupełnie inny niż jakbym nie znał języka wcale.

    • o, ja się kiedyś uczyłam trochę chińskiego marząc o wakacjach w Chinach. Do Chin ciągle nie wyjechałam, chociaż mam w planach, a naukę chińskiego (bez specjalnie dużych rezultatów) wspominam bardzo miło i zawsze mam nadzieję, że kiedyś wrócę :)

  • Dopiero na Białorusi poczułam jak to jest nie móc w ogóle się dogadać. Nie wiedziałam, że to aż takie straszne odczucie. Ale tez zauwazylam, ze podstawowa znajomosc jezyka wystarczy, a jak lokalsi widza, ze ktos sie stara rozmawiac ich w jezyku to bardzo pomagają. Tak czy inaczej angielski to zawsze dobry wybór :)

  • Z naciskiem na szczęście

    ,,Nauczyłam się, że czasami wcale nie trzeba języka, żeby się dogadać – im więcej doświadczenia tym łatwiej komunikować się w sposób pozawerbalny” – z tym zdani zgadzam się w 100%! Wystarczą chęci i ludzkie podejście do drugiego człowieka aby móc się dogadać. Pozdrawiam. :)

  • Przede wszystkim dobre checi na dogadanie się:))