Prawdziwym wyzwaniem przy pakowaniu się, byłoby spakowanie się bez elektroniki. Na pewno się da, ale powiem szczerze, że teraz aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś nie zabierałam ze sobą nawet komórki (bo przenośnych telefonów po prostu nie było), a aparat był na zwykle baterie (albo nawet bez baterii, bo film przecież naciągało sie mechanicznie). Tym razem, wychodząc z domu, po sprawdzeniu czy mam paszport i kasę, sprawdziłam jeszcze sprzed i wszystkie ładowarki. A wiec dźwigam:

– tablet i ładowarkę
– telefon i ładowarkę (ta od tableta by pasowała, ale najczęściej ładuję je razem)
– aparat i kabelek do ładowania (zewnętrznej ładowarki nie było, co niezbyt mi się spodobało)
– bank energii (na wypadek gdyby aparat miał się rozładować – horror w podróży)
– kindle (co za cudowny wynalazek, zwłaszcza jeśli spędza sie ponad 20h w samolocie lub autobusie) – na szczęście ładowarka do telefonu pasuje.
– IPod i kabelek
– mini-dysk, bo zdjęcia zajmują tyke miejsca, że pewnie się nie zmieszczą na kartach
– przejciówka – gdyby wtyczki nie pasowały
– złodziejka – taki mini rozgałęziacz, bo niestety, podobnie jak wieszaków, gniazdek w tanich hotelach jest zawsze za mało.

I tak sobie myślę, że trzeba to było przed wyjazdem zważyć. Na pewno zrobię to po powrocie, bo jestem naprawdę ciekawa.

A tymczasem na lotnisku w Madrycie pani prześwietlająca mój bagaż spytała:- Ma pani jakąś torbę z kablami? – i wtedy wyjęłam cały maly woreczek. Mam wszystko w podręcznym, no bo jakby mój bagaż zginął to co bym teraz zrobiła?

Powyższy tekst został napisany na lotnisku w Madrycie, na stanowisku do ładowania sprzętu.
czerwiec 2014