Jak to się wszystko zaczęło.

Pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł, że może czas na Afrykę. Przedstawiłam propozycję trzem osobom i… Pierwsza powiedziała, że ona do Afryki to absolutnie nie. Ona to wyłącznie do Azji. Jak nam się nie podoba, to pojedzie sama.
Druga powiedziała, że też chce do Azji. Afryka????? (i spojrzenie pełne niedowierzania)
Trzecia stwierdziła, że jej wszystko jedno i że na wszystko się zgadza. W sumie chętnie pojechałaby do Azji, chociaż Afryki nie wyklucza.
No cóż… nikt nie chciał ze mną jechać…

Kilka miesięcy później wszystkie cztery wylądowałyśmy Akrze… Ghanę wybrałam, żeby przygodę z Afryką zacząć możliwie łagodnie, zazwyczaj bowiem przewodniki prezentują ją jako „Afrykę dla początkujących”, jeden z szybciej rozwijających się krajów Afryki Zachodniej, gdzie angielski jest językiem urzędowym, a ludzie bardzo przyjaźni.

0049

A więc wylądowałyśmy w Akrze – jak zwykle pierwszy hotel zamówiony przez Internet, żeby się nie stresować na samym początku – świeży turysta to zawsze łakomy kąsek.

Jedziemy taksówką gdzieś na obrzeża miasta, a w zasadzie powoli przesuwamy się w okropnym korku i wtedy po raz pierwszy przychodzi mi do głowy, że tak naprawdę to wielka wiocha. Fascynująca, gwarna, kolorowa, interesująca, ale wiocha – z ulicami, na których często nie ma asfaltu, barwnym tłumem ludzi, domami i sklepami na różnym etapie budowy lub rozwalenia i niestety… stertami śmieci walającymi się dosłownie wszędzie.   Wielokrotnie, wjeżdżałyśmy później do miasteczek, które wyglądały podobnie – pierwsze wrażenie było często podobne, ot… miasteczko i tylko przewodnik nam mówił, że to DUŻE miasta w których mieszkało nie kilka czy kilkanaście a kilkaset tysięcy mieszkańców.

A miało byc tak łatwo.

W Ghanie spędziłyśmy zaledwie dwa dni. Jedna z koleżanek miała nas opuścić już po miesiącu, dlatego zdecydowałyśmy się zacząć od krajów sąsiednich.
Postanowiłyśmy pojechać do Togo i Beninu, naiwnie nie spodziewając się, że będzie trudniej. To znaczy: JA się nie spodziewałam. A reszta jakoś uwierzyła;) Wydawało nam się, że jedynym problemem będzie nasza taka-sobie-znajomość-francuskiego.

TOGO

Pierwsze było Togo. Zabawne jest, że stolica tego kraju, Lome, znajduje się zaraz za granicą z Ghaną. I to jaką granicą! – praktycznie prawie na plaży, gdzie celnik oglądający nasze paszporty siedzi sobie przy stoliku wystawionym na zewnątrz i ma widok na ocean. To się nazywa praca z niezłymi widokami, prawda?

0041_ghana_togo_borderPrzez ten kraj miałyśmy w zasadzie tylko przejechać, zatrzymując się ewentualnie na chwilę w jakimś miejscu. Głównie dlatego, że forumowicze z forów podróżniczych (ci nieliczni, którzy się tam znaleźli) opisywali nam kraj jako niebezpieczny, nieprzyjazny i nieciekawy.

0031

A dzień pierwszy w Lome wyglądał mniej więcej tak:

– znajdujemy hotel (mimo, że taksówkarz, jak każdy afrykański taksówkarz ma problemy ze znalezieniem czegokolwiek);
– właściciel hotelu mówi nam, że miasto bywa niebezpieczne i żeby, broń Boże, nie chodzić wieczorami (ciemno jest już o 18.00);
– idziemy do centrum, gdzie okazuje się, że to wcale nie jest tak, że niewiele osób mówi po angielsku − NIKT nie mówi po angielsku;
– robi się ciemno – wracamy taksówką, po raz kolejny przekonując się, że adres to za mało, trzeba taksówkarza pilotować;
– o dziwo udaje nam się odnaleźć nasz hotel – na ulicy pogrążonej w ciemnościach zauważamy (z trudem i pewną niepewnością) budynek, który też jest pogrążony w ciemnościach.
Podsumowanie dnia: o kurde….. i my mamy w tej Afryce spędzić SZEŚĆ TYGODNI????

Jednak, jak to w podróży bywa, okazuje się, że tak naprawdę wszystko zależy od ludzi. I dzięki synowi właściciela, Libańczykowi o imieniu Jad, spędzamy w Lome i okolicach aż pięć dni. Oczywiście jest to trochę przymusowe, bo okazuje się, że załatwienie wiz do Beninu wcale nie jest takie łatwe.

Lome jest nazwane przez nasz przewodnik „Paryżem Afryki”, ale mimo najszczerszych chęci nie udaje nam się odkryć dlaczego. Pewna Ukrainka pracująca w sklepie (która słysząc, że podróżujemy razem we cztery, nazywa nas „żeńskij kolektiv”) twierdzi, że kilka lat temu, przed zamachami stanu i przed tym, jak wszyscy cudzoziemcy musieli uciekać za granicę, było tu zupełnie inaczej. Trudno nam to sobie wyobrazić – wszystko zniszczone i podupadłe a największy supermarket w stolicy wydaje się być gorszy od polskiej Biedronki.

0155zdjęcie: Elwira

Plaża i toalety.

W ramach relaksu wybieramy się na płatną plażę – i jest to więcej niż odrobina luksusu. Fale co prawda tak samo wielkie, jak w innych miejscach, ale plaża jest czysta. Piękna odmiana, naprawdę. Bo w każdym innym miejscu plaża służy za wysypisko śmieci i toaletę – to naprawdę przykry widok, bo plaże są piaszczyste, szerokie, pod palmami. Wiszą co prawda gdzieniegdzie tablice z rysunkami i podpisami „Nie sikać, nie robić kupy, nie śmiecić” ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje.
– O, to ludzie traktują tu ulicę jak toaletę – mówię, kiedy jadąc taksówką mijamy kolejnego sikającego faceta.
– Nie, oni traktują toaletę jak ulicę – odpowiada Jad i jest to chyba najlepszy opis toaletowych zwyczajów.

0063 kopia

The Germans.

Ponieważ Renata jest germanistką nie możemy nie odwiedzić Togoville. To miasto nad jeziorem Togo, od którego kraj wziął swoją obecną nazwę. Miasto nazywało się Togo, a w 1884 roku Niemcy podpisali tam układ z ówczesnym szefem wioski Mlapą III i w rezultacie Togo stało się kolonią niemiecką. Można zobaczyć tam jednoizbowe muzeum oraz kościół – miejsce to odwiedził w 1985 roku papież Jan Paweł II.

0219

Wracamy tą samą łódką co wcześniej – tą, z której trzeba wylewać wodę….

0193

Odwiedzamy też Kpalime, gdzie są wodospady. Wodospady są co prawda średnie, ale spacer bardzo fajny. A na koniec  krótka wizyta w wiosce w poszukiwaniu jej szefa, którego Jad podobno zna. Szefa wioski nie ma, ale wysłuchujemy jakiejś dyskusji na temat Francuzów i życia – chyba, bo nasz francuski jest bardziej niż średni.

BENIN

Benin jest krajem mało znanym, ale naprawdę fascynującym. Być może autor przewodnika trochę przesadził zachwycając się niemal każdym kamieniem, ale to naprawdę niezwykłe miejsce.

0315

Miasteczko Ouidah było kiedyś jedynym portem kraju, który wcześniej (do 1975 roku) był zwany Królestwem Dahomeju. Królestwo było silnym zachodnioafrykańskim państwem i jednym z głównych miejsc, skąd brano niewolników, a król Dahomeju zarabiał ogromne pieniądze na handlu żywym towarem.
Zwiedzanie miasta zaczęłyśmy od placu, gdzie znajdował się dom Francisco Felixa da Souzy – brazylijskiego handlarza, którego liczni potomkowie wciąż żyja w Beninie. Z tego miejsca ruszyłyśmy na czterokilometrowy spacer Drogą Niewolników. Ten długi spacer był dla nas pierwszą lekcją o historii niewolnictwa w Afryce. Nie przetrwały żadne budynki, w których niewolnicy byli trzymani, więzieni i torturowani – te wydarzenia są upamiętniane jedynie przez stojące na drodze pomniki. Cieszę się, że miałam okazję dowiedzieć się czegoś więcej o tej części historii Afryki; do tej pory wszystkie moje wiadomości – książki i filmy – obejmowały wydarzenia „po”: wiedziałam sporo o transporcie, o życiu niewolników w obu Amerykach, ale brakowało tej wiedzy, jak to wyglądało na początku na Czarnym Lądzie.

W Beninie odwiedziłyśmy jeszcze kilka miejsc:
– Ganvie – wioskę zbudowaną w XVII wieku na jeziorze, gdzie żyje ponad 20 tys. ludzi;

0318_to_ganvie

– Abomey – dawną stolicę królestwa z dawnym pałacem królewskim, który −choć wart wizyty − bardziej przypominał folwark niż pałac. Samo miasto urocze, choć miałyśmy problemy z wydostaniem się z niego;

0346stacja benzynowa

0347centrum Abomey

– wioski Taneka niedaleko Djougou, gdzie można było obejrzeć tradycyjne chaty i styl życia miejscowej ludności.

0374 a

Wiosek jest wiele, ale niewiele z nich jest łaskawych turystom.
My, po ciężkich negocjacjach finansowych związanych z taksówką, trafiłyśmy do tej, która turystów lubi i chętnie wita. Ale zanim ktoś wzruszy ramionami i powie „eee… turystyczne miejsce”, chciałabym dodać, że to turystyczne miejsce oznaczało, że tłukliśmy się przez ileś tam kilometrów taksówką po wertepach, aby dotrzeć do wioski, po której zostałyśmy oprowadzone nie tylko przez przewodnika, ale i dużą grupę dzieci i młodzieży. A innych turystów i tak nie widziałyśmy.

0401

0428

Jakoś sobie radzimy, coraz bardziej przyzwyczajając się do czasu afrykańskiego, czyli do czekania na wszystko i wszędzie. I do tego, że nie zawsze da się dobrze zjeść.

Czekamy, czekamy i… głodniejemy.

Coś, o czym szybko się przekonujemy: należy szukać miejsca na posiłek, kiedy jeszcze nie jest się głodnym.
I tak, drugiego dnia gdzieś po środku niczego trafiamy na jakiś knajpo-bar-restaurację – nie wiadomo co. Przed nami pojawia się francuskie menu, które rozszyfrowujemy, próbując ustalić co jest, a czego nie ma, i składamy zamówienie u chłopaka, który to menu przyniósł.
Mija chwila i chłopak przychodzi z dziewczyną – jeszcze raz składamy zamówienie. Mija kolejna, dłuższa już chwila, chłopak z dziewczyną przychodzą z kolejnym facetem – mówią nam, że jest to Monsieur Cuisinier (Pan Kucharz) i to jemu mamy powiedzieć, co chcemy.
OK. Ja zamawiam dwie porcje frytek, pamiętając, że kurczak którego chciałam zjeść dzień wcześniej w innym miejscu, chyba musiał dużo biegać, bo mięsa można było w nim szukać z lupą.
Po chwili Monsieur Cuisinier wraca, pytając czy na pewno chcę dwie porcje frytek. Tak. I na pewno nie chcę mięsa? Nie.
Po jakimś czasie dostajemy piwo.
Czekamy.
Ponownie pojawia się Monsieur Cuisinier. Te naleśniki, które zamówiły moje koleżanki…. nie ma do nich czekolady. OK, no problem, a co jest? Dżem jest. A więc może być dżem.
Mija dłuższa chwila, Monsieur Cuisinier znowu nadchodzi. Jednak dżemu też nie ma.
A czy coś w ogóle jest do tych naleśników? No tak, jest cukier.
Dziwna sytuacja? Ależ skąd, w czasie naszych wakacji dość typowa.

Czytając mój opis, wiele osób samodzielnie podróżujących i jadających w przeróżnych miejscach pewnie się oburzy i powie: – No tak, ale trzeba jeść w miejscach lokalnych, a nie szukać restauracji dla turystów.
Też bym się pewnie oburzyła. Tyle tylko, że:
− spróbowałam już wcześniej fufu, które zdecydowanie nie przypadło mi do gustu;
− spróbowałam zup/sosów, które mi jeszcze mniej przypadły do gustu;
− zobaczyłam banku, które wyglądało równie „zachęcająco” jak fufu;
− dzień wcześniej trafiłyśmy do miejscowej jadłodajni, gdzie zabrakło już dla nas jedzenia…
A poza tym, kto powiedział, że frytki i piwo to zła kolacja? Ja jako ekspert (bo po iluś tam takich kolacjach mogę się chyba nazywać ekspertem, prawda?) powiem wam, że da się przeżyć. Więcej – nie jest to nawet złe. A jak już ma się spaghetti z frytkami i do tego piwo – nie ma co narzekać.

0097

Voodoo

Benin i Togo to również kolebka voodoo, tutaj zwanego częściej vodun. To stąd właśnie, razem z niewolnikami, wierzenia te dotarły na Haiti i w inne miejsca w Ameryce. Mimo mnóstwa informacji, jakie przeczytałam, nadal nie do końca wiem, o co tak naprawdę chodzi w tym voodoo. Nasz przewodnik w Ouidah w Beninie (jedyna spotkana tam osoba, która mówiła po angielsku) coś tam tłumacząc powtarzał ciągle, że my nie możemy tego zrozumieć, bo nie jesteśmy initiated.

0301

Jednak ceremonia voodoo, na którą nas zabrał, była i interesująca. Interesująca –tak, ale niestety  i lekko stresująca. Znalazłyśmy się na jakimś obcym podwórku, z tłumem ludzi – śpiewających i grających na bębnach. Powoli zaczynają pojawiać się dziwnie ubrane postacie, które później biegają wokół nas, a za nimi mali chłopcy pilnujący, żeby biegające postacie nie dotknęły żadną częścią swojego ciała czy szaty nikogo ze zwykłych ludzi, bo to mogłoby przynieść nieszczęście.

Dwa tygodnie później było by to tylko fascynujące, ale po zaledwie kilku dniach na afrykańskim kontynencie byłyśmy trochę zestresowane.

Niestety w czasie ceremonii voodoo nie zrobiłyśmy żadnych zdjęć – kosztowałoby nas to zbyt dużo, a poza tym i tak robienie zdjęć było często odbierane bardzo negatywnie więc lepiej było się bardziej nie stresować.

Nasze opinie na temat Beninu były dosyć podzielone. Dla mnie jednym z większych rozczarowań wakacji było to, że byłyśmy tam tak krótko. Muszę jednak przyznać, że jak na początek i poznawanie Afryki to nie był to najłatwiejszy wybór.

0316

Tak więc doskonale rozumiałam moje towarzyszki kiedy po niecałym tygodniu pobytu miały już lekko dosyć.
Cztery białe wygodne turystki… w kraju gdzie ciężko się dogadać nie tylko ze względu na problemy językowe ale i kulturowe, gdzie transport publiczny taki jaki my znamy w zasadzie nie istnieje, miejscowe bary sprawiają, że zaczynam marzyć o barach mlecznych, których od czasu skończenia studiów nie odwiedzam…

0348Nie wiem co jadłam, chyba była to krowa (tyle zrozumiałyśmy), ale jaka część? Któż to wie…

Tak więc kiedy jechałyśmy na północ, a z tyłu dobiegała ‘dyskusja’ co dalej i że ‘mamy lekko dość’ (z tyłu, bo nikt nigdy nie chciał siedzieć z przodu – tylko mnie nie ruszało nieprzestrzeganie przepisów i niedziałające ‘urządzenia’), odwróciłam się i powiedziałam: OK, to jeszcze jedna wioska i wracamy do Togo.

TOGO (ponownie)

Po raz drugi do Togo wjechałyśmy od północy – północne granice były zupełnie inne, już nie na plaży, ale gdzieś w szczerym polu, ze szlabanem ze sznurka lub krzywego długiego kawałka drzewa.

Powrót był fajny, bo Togo był już znane i trochę „oswojone”. Jadąc drogą do Kary mijaliśmy dziwne grupki wysmarowanych na biało ludzi biegnących poboczem, śpiewających, krzyczących. Kompletnie nie wiedziałyśmy co się dzieje, ale miałyśmy nadzieję, że to „coś” dzieje się też w mieście. I faktycznie – trafiłyśmy na doroczny festiwal Evala (Coming-of-age Festival).

0625

Nasza radość szybko wyparowała, kiedy okazało się, że festiwal jest bardzo popularny i znalezienie miejsca do spania graniczy z cudem. Ale cuda się zdarzają i miałyśmy szczęście – na pewno większe niż dwie znajome Brytyjki, którym po odwiedzeniu wielu hoteli udało się znaleźć jedno wolne łóżko, które musiały dzielić.

Tak, my miałyśmy szczęście – po odwiedzeniu iluś tam miejsc spotkałyśmy pewnego faceta, który postanowił nam bezinteresownie pomóc i po wielu problemach, telefonach, po kilku podróżach taksówkami znalazł nam pokój w hotelu w centrum miasta.
Hotel ten był bardzo przygnębiającym budynkiem – z wąskimi, ciemnymi korytarzami, stromymi schodami, dziwnie zamykanymi drzwiami – takie hotele czasami widzi się w filmach i myśli: o, tu na pewno coś się stanie. My jednak po tak długich poszukiwaniach byłyśmy szczęśliwe.
Na drzwiach obok karteczki Nie przeszkadzać wisiała instrukcja Jak zakładać prezerwatywę.
Ta próba edukacji seksualnej już nas nie dziwiła. AIDS jest oczywiście bardzo dużym problemem w Afryce, a w czasie naszej podróży widziałyśmy wiele plakatów i billboardów o używaniu prezerwatyw, o testach na HIV, o bezpiecznym seksie. Ja bym powiedziała, że jest to dosyć zniechęcające, ale obserwując wiele z tych niewielu białych turystek można było dojść do wniosku, że one myślą inaczej. I nie tylko one – dwaj miejscowi faceci, za którymi obejrzałam się na ulicy i którzy godzinę później zapukali do drzwi naszego ponurego pokoju byli chyba również zaskoczeni, że nie jesteśmy zainteresowane wspólną zabawą.

0175A jeśli ten mężczyna spałby z twoją córką?
A więc dlaczego ty śpisz z jego córką?
Pora przerwać te niebezpieczne praktyki

W Karze spotkaliśmy się znowu z Jadem, dzięki któremu życie stało się łatwiejsze. I nie chodzi tu tylko o język, ale o rzadką umiejętność załatwiania naprawdę wszystkiego, którą posiadał Jad. Zaczął od załatwienia taksówkarza, który następnego dnia z samego rana wywiózł nas za miasto, gdzie odbywały się zapasy – najbardziej oczekiwany punkt programu festiwalu.

Mimo, że przyjechaliśmy wcześnie, o ósmej, zastaliśmy już tłumy. Aż nie było wiadomo, czemu się przyglądać – dookoła całe grupy ludzi z poszczególnych wiosek, ubrane w taki sam sposób, w ubrania z takich samych materiałów – zatem od razu było wiadomo, kto jest z kim.
My, oczywiście, chcieliśmy się dostać na zawody.
Najpierw przy wejściu sprawdza nas jeden żołnierz, potem drugi zagląda do toreb, a trzeci pyta:
– Turyści czy prasa?
– Ambasada polska w Akrze – odpowiada spokojnie Jad.
I jako przedstawiciele nieistniejącej ambasady polskiej w Ghanie wchodzimy na trybuny. Tak jak inni dostajemy koszulki z podobizną prezydenta, wachlarze z podobizną prezydenta. Rozglądając się wokół widzimy też ludzi w strojach uszytych z materiału z podobizną prezydenta. W końcu zjawia się i sam prezydent – Faure Essozimna Gnassingbé.

Dotychczas oglądałyśmy Togo z innej strony – tej biednej. Na festiwalu, gdzie zebrała się cała śmietanka towarzyska kraju, zobaczyłyśmy Togo nie tylko barwne, ale i bogate. Dobrze ubrani ludzie, świetne samochody (w jednym z nich siostra prezydenta pokazująca tłumowi f**k you, bo niewystarczająco szybko rozstępował się przed nią na boki).
Obok nas siadają szefowie wiosek – to dopiero widok! Głównie mężczyźni, ale było też kilka kobiet – wszyscy ubrani w tradycyjne szaty ze złotymi koronami na głowach. Tak jakbyśmy nagle znaleźli się w jakiejś bajce.

0569

Jak w bajce.

Bajkowe widoki to jeden z powodów dla którego znalazłyśmy się na północy Togo. To tam właśnie, w dolinie Tamberma znajdują się zbudowane z gliny domki (zwane tata) przypominające małe zamki. Patrząc z daleka na krajobraz usiany tymi szarymi zameczkami można mieć wrażenie, że nagle znajdujemy się w bajce Disneya. Tata, kiedy koło niej się stanie, wydaje się niewielka, ale kiedy wchodzimy do środka okazuje się, że jest tam sporo miejsca – i sypialnia, i spichlerz, i miejsce dla zwierząt.

0484

0542

Utrudnienia drogowe.

W dzień wyjazdu lało – co nie było w sumie takie złe, bo przynajmniej taksówkarz nie mógł jechać szybko i dzięki temu ja, siedząc jak zwykle na przednim siedzeniu, nie musiałam się stresować (tym bardziej, że prędkościomierz akurat działał, więc byłoby czym się stresować). Jechaliśmy wolniej również dlatego, że czasami trzeba było jechać slalomem – czy to omijając dziury, czy – jeszcze częściej – kozy, które leżały, chodziły, lub ewentualnie leniwie schodziły z drogi.
Niekiedy pojawiały się też owce, ale przeważnie były to jednak kozy.

0783

Kozy nie były jednak jedynymi istotami, które opóźniały jazdę. Można było też trafić na znudzonego policjanta – ot, gdzieś na drodze nagle pojawiał się jakiś rozwalający się szlaban albo dwie beczki, a pomiędzy nimi  przeciągnięty sznurek. Z boku zazwyczaj siedział jakiś policjant czy żołnierz.

I na taki właśnie police stop (ten w wersji „sznurkowej”) trafiłyśmy .
Panu policjantowi najwyraźniej się nudziło, więc najpierw zabrał mój paszport.
Otworzył.
Przekręcił.
Spojrzał na zdjęcie, potem na mnie.
Potem jeszcze raz na zdjęcie i znowu na mnie.
Zaczął się „wczytywać”.
Przewrócił kartkę.
Przyjrzał się przez dłuższą chwilę wizie birmańskiej.
Przewrócił kartkę,
Przyjrzał się wizie tajskiej,
Przewrócił kartkę…
(mam w paszporcie: 7 wiz i dosyć dużo pieczątek)
W końcu jeszcze raz mi się przyjrzał i oddał paszport.
Potem wziął kolejne paszporty – procedura ta sama, tylko „obrazki” inne.

W końcu dojechaliśmy do granicy. Na szczęście przestało padać. Wysiadamy i rozglądamy się niepewnie, bo granica to kolejny sfatygowany, drewniany szlaban, jakieś łażące zwierzęta i chata (domek? budka?) z której wyszło kilku facetów – bynajmniej nie wyglądali na jakichkolwiek funkcjonariuszy, tym bardziej, że byli w zwykłych t-shirtach,
Ale pieczątki przystawili.

Kilkadziesiąt metrów dalej ghanijscy celnicy byli jeszcze bardziej wyluzowani. I bardziej rozmowni – chociaż może wynikało to z faktu, że w końcu byłyśmy w stanie normalnie rozmawiać, a nie tylko przekazywać proste komunikaty. Naszego togijskiego kierowcę również wpuścili – żeby mógł nas dotransportować do najbliższej wioski, skąd miałyśmy jechać dalej.
Tam spotkałyśmy dwie znajome Brytyjki i wspólnie chciałyśmy ruszyć dalej.
Zaczęły się więc negocjacje taksówkowe. Śmiać nam się chciało, kiedy sobie przypomniałyśmy, jak rok wcześniej twierdziłyśmy, że w 5 osób przecież nie wejdziemy do taksówki, bo nie ma miejsca. Tym razem tylko zapytałyśmy kierowcę, czy zabierze 6 osób. No problem.
No to dla nas tym bardziej.
Jednak cena, którą nam taksówkarze proponowali, całkowicie nam nie odpowiadała i mimo długich negocjacji cena, którą słyszałyśmy wciąż nam nie odpowiadała. I wtedy jakiś chłopak wyciągnął nas z tego tłumu mówiąc, że możemy jechać autobusem, nawet zaraz. Jak zapłacimy za nasze sześć biletów… i za pozostałych chyba trzydzieści miejsc, które miały pozostać puste. Zapłaciłyśmy, bo nam zależało, a i tak było taniej niż taksówką.

Do Tamale, pierwszego dużego miasta w Ghanie, docieramy na tyle późno, że wypada tylko przenocować. Plan na następny dzień był prosty: iść na dworzec, kupić bilet i… czekać aż uzbiera się wystarczająca liczba pasażerów (czyli pełen autobus).
Excuse me, sir, could you POSSIBLY tell me when we will be leaving? (Przepraszam, czy może mi pan może powiedzieć, o której wyjedziemy) – zapytała koleżanka po ok. 2 godz. oczekania.
That I cannot tell you, madam (O, tego nie mogę pani powiedzieć) – odpowiedział zapytany pan.

I tak właśnie dotarłyśmy do Ghany, którą wybrałyśmy przecież dlatego, że to „Afryka dla początkujących” i to od Ghany trzeba zacząć. Wjeżdżając tam ponownie wiedziałyśmy, że teraz już będzie łatwo.

Tak nam się przynajmniej wtedy wydawało.

część druga: http://amusedobserver.com/afryka-dla-poczatkujacych-cz-2/

Ghana, Togo, Benin: lipiec-sierpień 2008

  • Najbardziej mi się podoba praca celnika na granicy Ghany i Togo, to może być jeden z wymarzonych zawodów świata :D

  • Parę lat minęło od Twojego wyjazdu do Afryki, a dalej mam wrażenie, że mało kto jeździ w tamte miejsca i dalej jest tak mega egzotycznie! kurcze, no chciałabym też się tam wybrać… oby jakoś niedługo się okazja nadarzyła!

    • Tak chyba niestety jest – wiele osób się boi. Ale, to że jest stosunkowo niewielu turystów to dobrze dla tych co jeżdżą :)

  • Ambasada Polski – dobra akcja :D Ale najważniejsze, że skuteczna :D

  • Super ciekawie mi się to czytało – głównie z uwagi na to, że marzy mi się Afryka, biorę się za część drugą!

  • Bardzo fajna relacja :) Moje postanowienie to najpierw zwiedzić Europę później inne kontynenty. Ale z każdym dniem mam ochotę już nie czekać i wyruszyć dalej! :)

    • A ja mam odwrotne postanowienie, bo obawiam się, że z wiekiem będę coraz bardziej i bardziej wygodna…

  • Pingback: Wakacyjne plany 2015. | Amused Observer()

  • Ola

    Z okazji piątkowego znużenia przeczytałam z zaciekawieniem wszystkie notki z Afryki i pierwszy raz poczułam, że to chyba TEN moment! :-) Jakoś nigdy mnie nie ciągnęło, nie ze względu na strach, bo lubię adrenalinę towarzyszącą każdemu wyjazdowi, ale ach… świetne wspomnienia i przygody! Pozdrawiam :-)

  • Ula

    Ależ się rozmarzyłam po tym wpisie.. chociaż Afryka chyba nie dla mnie bo zdecydowanie wolę umiarkowane temperatury ;)