1. Po powrocie z wyjazdu pokazuje dużo zdjęć, bo nie może wybrać i zdecydować, które najlepsze.
Nie wiem ile jesteście w stanie wytrzymać? Dla mnie idealnie to około 100 zdjęć z miesięcznego wyjazdu, no dobra, może 150.
Przy 200 zaczynam ziewać (nawet jak oglądam własne) chociaż niektórzy są bardziej odporni.

2. W trakcie wyjazdu ciągle wrzuca nowe zdjecia i opisy z podróży.
Człowiek w pracy, niewyspany, zagoniony, za oknem szaro i ponuro, a tu ‚trzeba’ czytać, że ktoś się bawi, odpoczywa i relaksuje.
Może to oczywiście posłużyć jako motywacja do marzeń i planowania, ale niestety, przy dużym zmęczeniu tylko człowiekowi źle.

3. Ciągle się chwali gdzie pojedzie.
Zazwyczaj planuje wyjazd wtedy kiedy my nie możemy i tam gdzie my nie możemy. I za tyle kasy, że my tyle nie mamy ;)

4. Krytykuje Twój styl podróżowania (bo sam robi inaczej).
Jak jeździ sam, to z pogardą patrzy na tych co płacą w biurze podróży, jak lubi tanie hostele to luksusowy hotel to ‚zuo’, jak jeździ w góry to ci nad morzem to lenie, a jak po Polsce to ci jeżdżący zagranicę to pozerzy, jak woli zagranicę to ci podróżujący po Polsce to nudziarze, itd, itp.

5. Wzbudza Twoje poczucie winy nieustannie oszczędzając na wyjazdy.
Kawę ze Starbucksa nagle trudno przełknąć, a Big Mac staje w gardle kiedy ciągle ktoś ci powtarza, że to przez nie nie wyjedziesz na wymarzone wakacje.
(ja co prawda Big Maca szczerze nie znoszę, ale to może być cokolwiek… KFC, Pizza Hut? pasztet wegetariański? :D )

6. Z racji liczby odwiedzonych krajów/ przejechanych kilometrów/ przeczytanych książek/ odbytych gdzieś rozmów/ spotkanych gdzieś ludzi/ zrobionych iluś zdjęć (wybierz właściwe) zaczyna uważać się za eksperta we wszystkim.
Hmmm…. długo by tu pisać…

7. Z powodów zainteresowań kulinarnych eksperymentuje na znajomych.
Próbuje, gotuje, do knajp wyciąga, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać (nie daj boże, jeszcze zdjecia jedzenia robi…)

Listę  można byłoby ciągnąć i ciągnąć.
I myślę, że się nie pomylę kiedy powiem, że nawet jeśli to my podróżujemy (i to my zazwyczaj wkurzamy ludzi) to pewnie też są rzeczy, wkurzające nas w innych podróżujących.

Nie będę wymieniała tu na co narzekają moi znajomi, ale jedno jest pewne: Kulinarnie męczę.
Tajskie curry? Mam nadzieję, że lubisz coś pikantnego?
Empanadas? Nie przeszkadza wam, że już piąty raz? (nic innego się w te wakacje nie nauczyłam)
Injera? Ach… kocham injerę – może też chcecie spróbować? Tak, to właśnie to co na zdjęciach wyglądało jak brudna ścierka na talerzu…

Injera to taki kwaśny etiopski naleśnik z mąki teff (teff=miłka abisyńska), na którym leżą sosy i dodatki. Injerę je się rękoma: należy urwać kawałek, zagarnąć tym kawałkiem jakiś dodatek i jeść.
Injerę pierwszy raz jadłam w Berlinie w grudniu 2007 roku – wtedy po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się nad wyjazdem do Etiopii (nie wyszło, ale smak injery zapamiętałam).
6 lat później udało mi pojechać na miesiąc do Etiopii i okazało injery czasami miałam po dziurki w nosie.

Grudzień 2014 – ponowna wizyta w Berlinie i… zdziwienie, że w Berlinie jest 5 etiopskich restauracji – trzeba iść!
Tak wiem, lekka obsesja, ale to jedna z lepszych rzeczy jakie jadłam w czasie podróży (i wiem, niestety, że wielu odwiedzających Etiopię się ze mną nie zgodzi).

A więc Berlin, grudzień 2014, późnym wieczorem Maja i Elwira dzielnie szukają ze mną etiopskiej restauracji, jedzą i… mówią, że im smakuje. I chyba mówią prawdę, bo talerz prawie pusty!
– Cieszę się, że wam smakowało – mówię z ulgą – Tak bardzo chciałam tu przyjść, kiedy byłam w Brukseli, etiopska knajpa była zamknięta i poszliśmy fufu (fufu – tradycyjne zachodnioafrykańskie danie z manioku)…
- Fufu? – odezwała się Elwira – przecież to było obrzydliwe.

No tak, może i było, ktoś ze znajomych czasami musi mieć pecha, prawda?
:)

I ilustracje, żeby nikt nie musiał się domyślać o czym piszę:

DSC03544Injera dla dwóch osób (trzy się najadły – talerz miał średnicę ok. 50cm). Na pierwszym planie – shiro, dodatek, który najbardziej mi smakował w Etiopii – nie było w zestawie, ale poprosiłam…
Restauracja Blue Nile w Berlinie
(polecam!)

DSC03545Nasz talerz pół godziny później.

injeraTak wyglądała moja pierwsza injera jedzona w Etiopii.

FFufu w Ghanie jedzone na początku pobytu dosyć nas przeraziło. Złe nie było, ale pikantne i mało zachęcające z wyglądu.

fufuFufu w dzielnicy afrykańskiej w Brukseli – inaczej podane, bardziej zachęcające, prawda?

  • Wlasnie zdalam sobie sprawe, ze musze byc okropna przyjaciolka… :)

  • Malgorzata Thatcher

    Injere jadlam raz, na amerykansko-erytrejskim weselu, z jakims sosem z kozliny min. Erytryjczycy sie tym zajadali i znacznie szybciej znikalo niz amerykanski bufet po drugiej stronie sali, wiec pewnie bylo dobre, ale mojego serca nie skradlo i skojarzenie ze scierka mialam nie tylko wizualne. Za to lubie tortille a pamietam, ze dla ciebie to bylo duze rozczarowanie.Ja nie podrozuje duzo ale widze, ze jestem w kategorii numer 1 tych meczacych, potrafie wyslac rodzinie 100 zdjec z 5 dniowego wyjazdu a nie miesiecznego. Musze nad tym popracowac :)

    • Pamiętam Gosia jak opowiadałaś o tym weselu! Koźlinę też jadłam, ale mało, bo koleżanka, z którą zawsze dzieliłam injerę jest wegetarianką :) Zdecydowanie injera należy do moich top 5 jedzeniowych wspomnień, ale jak pisałam takie odczucia to odczucia znacznej miejszości podróżujących po Etiopii.

      Jeśli chodzi o tortillę to chyba przede wszystkim było to zdziwienie, bo myślałam, że to są zawsze takie duże placki jak w Polsce :)
      Pamiętam jednak, że kilka razy trafiłam w Meksyku na genialne tortilla al pastor… ;)