Click here for English

– Co tam ciekawego u Ciebie? – zapytała moja mama podczas rozmowy na skype.
– Super. Wczoraj zjechałam Drogą Śmierci! – odpowiedziałam i milczenie po drugiej stronie powiedziało mi, że może niekoniecznie powinnam przestawiać mój zjazd najniebezpieczniejszą drogą świata w ten sposób.
Bo nazwa robi wrażenie, prawda?

Najniebezpieczniejsza droga świata prowadzi z boliwijskiej stolicy La Paz do Coroico. Droga, zbudowana w latach 30-stych XX wieku przez paragwajskich jeńców, zyskała przydomek najniebezpieczniejszej drogi świata ponieważ szacuje się, że rocznie ginęło na niej 200-300 osób.

Obecnie ta szutrowa droga, która w najszerszym miejscach ma około 3 metrów, ślepe zakręty i kilkusetmetrowe przepaście po bokach należy do jednej z najpopularniejszych atrakcji Boliwii.

I wierzcie mi – to naprawdę jest duża atrakcja!
Muszę przyznać, że trochę się bałam, bo internetowe zdjęcia, filmy i relacje były lekko przerażające. Co prawda w ciągu ostatnich dwudziestu lat kiedy ta droga stała sie atrakcją turystyczną zginęło ‚tylko’ niewielu ponad dwudziestu turystów, ale mniej groźne wypadki zdarzają się o wiele częściej.

Poniżej reklama Mistubishi Outlandera, która świetnie pokazuje jak wygląda La Ruta de la Muerte (czyli Droga Śmierci).

Ale jak tu nie spróbować? I jak nie wrócić z koszulką „Przeżyłam zjazd najniebezpieczniejszą drogą świata”. No jak?
No więc pojechałam. A w zasadzie pojechałyśmy – Kasia, z którą podróżowałam przez kawałek Peru i Boliwii nie była co prawda na początku zbyt przekonana do mojego pomysłu, ale też pojechała.

Nasz zjazd zaczął się na wysokości 4700m, zaledwie pół godziny drogi od centrum La Paz.
To był ładny, słoneczny dzień, ale na tej wysokości było dosyć zimno. Każdy dostał ochronne spodnie i kamizelkę (pomyślałam sobie wtedy, że moja różowa kurtka nie bardzo pasuje do pomarańczowej kamizelki, ale cóż mogłam zrobić?). Założyliśmy kaski, rękawiczki i wypróbowaliśmy swoje rowery.

P1230746

Pamiętam, że poczułam się bardzo niepewnie i sama nawet teraz nie wiem czy to dlatego, że od dosyć dawna nie jeździłam na rowerze czy może dlatego, że jednak się bałam – te 60km w dół z tej wysokości robiło jednak wrażenie.

DSC01493

Było dwóch przewodników. Jeden na początku, który nadawał tempo tym, którym się śpieszyło, przy czym absolutnie zabronił wyprzedzania siebie – nikt nie mógł jechać szybciej niż on. Czy ktoś chciał jechać szybciej nie wiem, bo pierwsza grupa była bardzo szybka. Drugi przewodnik jechał z tyłu jako ostatni, czasami tylko zdarzyło mu się gwałtownie przyspieszyć, wyprzedzić wszystkich i wtedy czekał gdzieś z boku z aparatem robiąc nam zdjęcia. Autobus jechał za całą grupą – na dachu były zapasowe rowery, a jeśli ktoś by się zmęczył lub za bardzo bał mógł też kawałek podjechać.

P1230797

Początek był łatwy – w dół po asfalcie. Słońce, chmury i przepiękne widoki. Za bardzo się nie mogłam na tych widokach jednak skupić, bo koncentrowałam się na jeździe. Samochodów było sporo, a opinię o boliwijskich kierowcach mam mniej więcej tak samo dobrą (czyli złą) jak o polskich więc wyprzedzanie na trzeciego, które mnie prawie zepchnęło z drogi bardzo mnie zestresowało. Na szczęście to wydarzyło się tylko raz.
Tak, zjeżdżanie w dół jest bardzo przyjemne – nawet jeśli ręce bolą od zaciskania na hamulcach.

Po dwudziestu kilometrach asfalt się skończył i wjechaliśmy na dawną, ‚prawdziwą’ drogę śmierci. Słońce też zaszło, a jakby tego było mało zaczął padać deszcz. Śliska droga i świadomość, że obok jest przepaść to nie jest dobre połączenie, no ale co było robić – trzeba było jechać.

P1230844

Zaczęłam powoli, nieśmiało i chwilę musiało potrwało zanim przestałam kurczowo zaciskać ręce na hamulcach. Zaczęłam jazdę w okularach słonecznych – tym razem miały chronić nie przed słońcem, ale przed błotem. Nie sprawdziły się. To znaczy, przed błotem w sumie chroniły, ale im szybciej jechałam tym bardziej mnie to błoto oblepiało i kiedy dojechałam do pierwszego przystanku, okulary musiałam schować bo nic przez nie nie widziałam.

P1230858

Barierki, które są widoczne na zdjęciu powyżej znajdowały się tylko w kilku miejscach, przeważnie nie było nic – czasami krzaki. Miałam świadomość, że zaraz obok jest przepaść, ale… tak naprawdę to mgła wszystko zasłaniała. Czy się bałam? Wtedy już nie, wtedy była to już tylko fantastyczna zabawa i nawet nie przeszkadzało mi, że po chwili byłam cała przemoczona. A błoto? Było z czego się pośmiać na przystankach, bo każdy sobie zadawał pytanie: czy ja wyglądam tak samo jak ci co stoją obok?

Przez mgłę nasze zbiorowe zdjęcie jest trochę niewyraźne. Staliśmy na zakręcie na skraju przepaści. Nawet sobie nie wyobrażacie jak mocno ściskałam hamulec – bo ustawianie do zdjęcia trwało i trwało, a trzymanie roweru na jednym kole wcale nie było łatwe.

P1230883

Patrząc na zdjęcia myślicie pewnie, że wszyscy kurczowo trzymali się prawej strony – blisko skał, z dala od przepaści. Wcale tak nie było. Na drodze było dużo zakrętów, część z nich to były ślepe zakręty i dlatego przewodnik powiedział, że należy jechać bliżej lewej niż prawej strony, bo jeśli za zakrętem pojawi się samochód szybciej go zauważymy i szybciej możemy zareagować.
Samochody w zasadzie nie powinny już tą drogą jeździć, ale jeżdża więc my również na kilka trafiliśmy. Nie jechaliśmy jechak skrajem przepaści – myślę, że większość trzymała się środka.

W końcu nastąpiła też chwila, kiedy przestałam nerwowo naciskać na hamulce i zaczęłąm hamować tylko na zakrętach. Przez moment, kiedy szybka grupa była zdecydowanie z przodu i przestałam ich widzieć, a wolna grupa była z tyłu za jakimś zakrętem pomyślałam, że jakbym spadła to nawet nikt by nie zauważył. Ale to była jedna, krótka myśl, bo w zasadzie w żadnym momencie nie czułam niebezpieczeństwa.

Droga w zasadzie przez cały czas wiodła w dół, były tylko dwa momenty, kiedy tak nie było. Jeszcze na początku trasy nie pozwolono nam się zmęczyć przy podjeździe tylko zapakowano rowery na dach i wysadzono 10 minut później (no tak, turystom musi być wygodnie), pod koniec natomiast było kilka płaskich odcinków – ah, jak ja wtedy żałowałam, że to już koniec i że w końcu trzeba pedałować.

Po drodze pojawiały się przeszkody w postaci mniejszych lub większych kałuży i kiedy zapominałam zwolnić na ubraniu pojawiała się kolejna warstwa błota, aż w końcu, przez ostatnią kałużę nie udało mi się przejechać i podobnie jak osoba na zdjeciu poniżej po prostu stanęłam na środku. Do tej pory miałam mokry tylko jeden but, a wyjściu z kałuży nie miałam na sobie już żadnej suchej rzeczy.

P1230951

Aż w końcu dojechaliśmy do celu.
5 godzin.
60 kilometrów.
3500 metrów  dół.
Pora na pamiątkowe zdjęcie!

P1230957

Brudni, ale szczęśliwi. Z tego szczęścia chyba prawie każdy kupił sobie dużę piwo.
A potem zabrali nas do hotelu gdzie każdy mógł się umyć (ach, co to był za cudowny prysznic!) i zrelaksowani zjedliśmy lunch.
Czekał nas jeszcze kilkugodzinny powrót do La Paz.

Informacje:
Agencja, z którą pojechałam: Madness Bolivia – zdecydowanie mogę polecić. Organizacja bardzo dobra, rowery super.
Wycieczkę można kupić w każdym biurze w La Paz, ale warto kupić ją nie w agencji, która sprzedaje wszystko, ale w jednym z biur rowerowych, które się w tym specjalizują.
Cena – około 280 zł. Można było zaoszczędzić około 100 zł wybierając gorszy rower.
Sam zjazd trwa około pięciu godzin, ale jest to całodniowa wycieczka – zaczęliśmy o 7 rano a wróciliśmy wieczorem.

Zdecydowanie polecam!

 

 

 

 

 

 

 

D

  • Robi wrażenie..A jak się na tej drodze mijają dwa samochody???

  • Agnieszka Drwal via Facebook

    jak powiedziałaś Mamie po wszystkim, to nie tak źle, w końcu nie zdązyła sie namartwić:)

  • Rodzice chyba zawsze się bedą martwić – niezależnie od trudności wyjazdu i wieku ‚dziecka’ ;D

  • Tam teraz nie jeździ dużo samochodów, ale normalnie to jeden musi się wycofać do miejsca gdzie jest trochę szerzej ;)

  • Malgorzata Thatcher

    Niesamowite!

  • Rewelacja!

  • uffff!!!! aż się spociłam

  • Basia Bu

    matko, jakże wam zazdroszczę

  • Miałem przyjemność zaliczyć zjazd w zeszłym roku. Mega pozytywne przeżycie. Polecam każdemu :-)

  • świetne miejsce… pomimo, że troszkę nastraszyłaś na początku to myślałem, że będzie super hard core…
    ale po Twoim opisie chętnie spróbuję jak będę miał okazję. W końcu rower jest dosyć wąskim środkiem transportu, ale przejechać tę trasę samochodem to chyba nie odważyłbym się :)

  • Można tylko pozazdrościć takiej przygody :)

  • Brzmi świetnie. Na pewno wspomnienia masz niezapomniane. Ostatnie pamiątkowe zdjęcie wygląda naprawdę… zachęcająco! Zmęczyć się, spocić i zabrudzić to jest właśnie to. Chętnie sama spróbuję jak będę miała okazję :)

  • Ale czad! Kiedyś pewnie bym się skusiła, ale ostatnio ostrożnie podchodzę to takich atrakcji. Super wspomnienia ;)