Prezentacje podróżnicze pojawiają się ostatnio jak grzyby po deszczu. Wydawałoby się, że wraz ze wzrostem oferty i konkurencji powinno być coraz więcej i więcej dobrych lub świetych prezentacji. I tak jest. Niestety często giną one wśród tych kiepskich i nudnych.

Dlaczego ludzie chodzą na prelekcje podróżnicze? Czasam z nudów, czasami dla inspiracji, w pogoni za marzeniami o miejscach, w które na razie nie mogą sami pojechać, w poszukiwaniu praktycznych porad i dla rozrywki. Możemy też powiedzieć, że chodzi się ‘na kogoś’ – tutaj wygrywają travelbryci i znane nazwiska, ale przez to ryzyko rozczarowania jest mniejsze. Nawet jeśli sama prezentacja mniej się nam spodoba to przynajmniej zostaje radość ze spotkania ze znaną osobą. (Chociaż… po krótkim zastanowieniu muszę przyznać, że nigdy nie wyszłam z takiego spotkania rozczarowana.)

Chodzi się też ‘na coś’ – temat nas interesuje, bo chcemy porównać nasze wrażenia, dowiedzieć czegoś o naszej następnej destynacji lub jest to miejsce z naszych marzeń i chcemy posłuchać kolejnej opowieści. I to są dla mnie najbardziej ryzykowne prezentacje – wszystko może się wydarzyć, bo:

  1. Prelegentowi wydaje się, że egzotyka wystarczy.

No nie wystarczy. To znaczy może wystarczy tym, którzy nigdzie nie byli i każdy ‘inny’ i bardzo kolorowy obrazek ich ucieszy, ale na sali są nie tylko tacy – ci którzy cokolwiek widzieli (nawet jeśli jest to świat bliższy niż dalszy) bywają już bardziej wymagający i chaotyczna opowieść o tym jak było fajnie, jak fajnie ktoś spedził czas, jaka fajna była pogoda, jakie fajne przygody mieliśmy i jakich fajnych ludzi spotkaliśmy po drodze jest niewystarczająca.

  1. Prelegentowi wydaje się, że ludzie są najważniejsi.

I nie ma nic złego, że ma takie zdanie! Niech ma – każdy musi mieć swój sposób na podróżowanie. Niestety, na palcach jednej ręki mogę policzyć tych którzy tak twierdzą i jednoczesnie umieją o tym opowiadać. Opowiadanie o ludziach jest o wiele trudniejsze niż opowiadanie przygód czy relacjonowanie trasy. Nie wystarczy powiedzieć, że byli fajni czy że mieli trudne życie (swoją drogą to niesamowite, że najważniejsi ludzie dla podróżnika to ci, którzy mają problemy i ciężkie życie. Życie ci się udało? Od razu jesteś mniej ciekawym człowiekem).

  1. Prelegentowi wydaje się, że wystarczy opisać zdjęcia.

Drogi prelegencie – nie wystarczy! Większość ludzi, która przyszła na twoją prezentację z pewnością widzi te zdjęcia. Jeśli ktoś zapomniał okularów i obraz mu się lekko zamazuje to poszuka sobie miejsca bliżej. Ja naprawdę widzę, że na zdjęciu jest jakaś kobieta, która przygotowuje jakiś posiłek w jakiejś chacie w jakiejś afrykańskiej wiosce i jeśli nie potrafisz zastąpić słów ‘jakiś/jakaś/jakieś’ innymi to naprawdę twój komentarz niewiele wnosi.

  1. Prelegentowi wydaje się, że umie mówić.

Komunikuje się i dogaduje, to prawda, ale to często okazuje się za mało, żeby stanąć przed publicznością. Monotonny ton lub cichy głos usypiają widownię, a ci którzy nie śpią zastanawiają się czy prelegent jest tam za karę i czy sam się nudzi tym co mówi (Niedawno na prezentacji siedzący koło mnie pan usnął – zastanawiałam się czy zacznie chrapać, ale prezentacja się skończyła, on gwałtownie się obudził i razem z innymi zaczął bić brawo).

  1. Prelegentowi wydaje się, że najlepsze zdjęcia to te bez obróbki.

Taki prelegent zazwyczaj głośno też protestuje przeciwko oszukiwaniu rzeczywistości poprzez obróbkę fotograficzną i jest zwolennikiem ‘naturalności’ a ja patrząc się na ekran zastanawiam się ile musiałabym wypić (i czego), żeby widzieć tak krzywe horyzonty. (Przeciwieństwem tego typu prelegenta jest taki, który uwielbia funkcje ‘nasycenie’ i ‘kontrast’ i oglądamy tak zieloną trawę, że choćby nie wiem ile lat ją strzyc i nawozić to nigdy taka nie będzie). DSC08544

I jeszcze o zdjęciach: drogi prelegencie, zastanów się czy to co pokazujesz na zdjęciach ma związek z tym o czym mówisz. Nie pokazuj więc bez, jeśli opowiadasz o argentyńskich stekach. A takiego nieostrego zdjęcia bez to najlepiej w ogóle nie pokazuj, nawet jeśli opowiadasz o bezach!

  1. Prelegent nie umie dokonywać wyboru.

Dotyczy to zarówno zdjęć jak i opowieści. W pierwszym przypadku opowiadającemu wydaje się, że przez godzinę da się pokazać 500+ zdjęć i przed końcem nerwowo zaczyna przyciskać przycisk na pilocie, żebyśmy my, widownia, zobaczyli te które jeszcze zostały, a zdjęcia migają w takim tempie, że widz ledwo zauważa, czy na zdjęciu małpa czy podróżnik. W przypadku opowieści początek upływa na powolnym opisywaniu śniadania, obiadu, kolacji; na zachwycaniu się pierwszym autobusem, którym ktoś jechał, drugim, trzeciem… A potem? Potem mamy: tojajużmuszękończyć?aprzecieżdopieroodwóchtygodniachopowiedziałemtojawamszybkoopowiemotychostatnichtrzech.

  1. Prelegent nic nie wie.

Spędził co prawda wakacje w Malezji, Meksyku czy Maroku, ale na muzea go nie było stać to nie wchodził, przewodników czytać nie lubi więc wie tylko, że na zdjęciu to „jakaś” budowla (patrz pkt 3), języka nie zna więc nawet nie pogadał z ludźmi (no angielski, trochę, tyle żeby przeżyć). Ja też co prawda bywam w krajach gdzie nie rozmawiam tylko się dogaduję, na czytanie nie zawsze mam czas, a do muzeów nie chce mi się wchodzić, ale ja się nie pcham na scenę i nie robię z siebie eksperta. I jeszcze, żeby ten prelegent coś opowiedział o swoich odczuciach (ale tego nie robi), albo o ludziach (ale patrz pkt 2), ale nie… taka prezentacja o niczym, ale pochwalę się, że byłem.

  1. Prelegent nie bierze pod uwagę kim jest jego widownia.

Inaczej się opowiada dzieciom, inaczej studentom, a inaczej widowni mieszanej gdzie przekrój wiekowy jest duży. Tymczasem biorąc pod uwagę chaos i język prezentacji czasami mam wrażenie, żę prelegent przygotował się do opowieści w knajpie przy piwie (a najlepiej już po piwach). Nie zrozumcie mnie źle, w knajpie przy piwe bardzo chętnie pogadam o podróżach, nawet kilka godzin, ale jak idę gdzieś gdzie mam tylko posłuchać to wolałabym, żeby prelegent wiedział co i jak powiedzieć.

  1. Prelegent czuje pogardę dla miejsca w którym był.

Być może ujmuję to zbyt ostro i nie jest to coś co każdemu łatwo zauważyć, ale mnie to wkurza. Bardzo mnie wkurza. Bo język jakiego używamy wpływa na postrzeganie świata przez nas, a także kreuje ten świat innym. Widać to często wśród ludzi, którzy właśnie byli w jednym z krajów tzw. Trzeciego Świata i skupiają się wyłącznie na negatywnych aspektach miejsc, koncentrując się na biedzie i problemach. Zresztą już samo wciąż popularne określenie „Trzeci Świat” jest nacechowane negatywnie sugerując, że nie są to kraje zamieszkiwane przez obywateli pierwszej kategorii. Ale… kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień – sama zauważyłam pewne rzeczy dopiero po kilku podróżach.

Ta sama miejscowość, jakieś 500 metrów różnicy. Jaki naprawdę jest kraj, w którym byłam?

  1. Prelegent myśli, że jest tak zajebisty, że nie musi się starać.

Wiele zachowań wpada w tę kategorię: a) brak przygotowania, bo co to za problem opowiedzieć o swoje podróży, skoro było tyle ciekawych przygód (ciekawych dla ciebie, prelegencie), bo miejsce tak egzotyczne, że już słysząc nazwę wszyscy powinni się zachwycać; b) brak samokrytyki w stosunku do siebie i swojej prezentacji – kiedyś przypadkiem podsłuchałam jak autor dosyć kiepskiej prezentacji zjechał swojego festiwalowego kolegę, autora innej prezentacji, zarzucając mu wszystkie błędy, które sam popełnił – przykro tego było słuchać (korekta: przykro było podsłuchiwać, i wiem, że nie powinnam, ale… drodzy autorzy: nie obgadujcie innych w przestrzeni publicznej).

  1. Prelegent jest nieprzygotowany.

Nikt nie przebiegnie maratonu jeśli wcześniej tylko lajkował posty o bieganiu na facebooku, nikt nie nauczy się mówić w obcym języku jeśli robi tylko gramatyczne ćwiczenia i wstydzi się odezwać. Ale nawet jeśli ktoś ćwiczy to do maratonu trzeba zacząć przygotowywać się wcześniej niż tydzień przed, a trzy dni przed podróżą to może nauczymy się podstawowych słówek, ale na pewno nie nauczymy się mówić.
Z jakiegoś dziwnego powodu wielu prelegentom wydaje się, że wystarczy wrzucić zdjęcia do folderu, ponumerować je, pomyśleć o czym będziemy mówić – to wszystko oczywiście kilka godzin przed prezentacją – i voila! – jesteśmy gotowi! Przećwiczyć wszystko wygłaszając kilkakrotnie to co mamy powiedzieć przed publicznością? Co za dziwny pomysł.

Przesadzam? Skąd! Nie tak dawno natknęłam się pewnym profilu fb na opis: „Już tak późno, a ja zabieram się za przygotowywanie prezentacji na jutrzejszy występ. Czy wy też robicie wszystko w ostatniej chwili?” Nawet nie pamiętam kto to napisał i czy dokładnie tak brzmiały te słowa (co akurat nie jest istotne, bo takie stwierdzenia widziałam kilkakrotnie). Pamiętam za to jedną z odpowiedzi: „Nie, my tak nigdy nie robimy.” I pamiętam kto to odpowiedział, bo na jego prezentacji byłam i było widać, że to świetnie przygotowana i przemyślana prelekcja podróżnicza.

Przygotowanie lub kompletny brak przygotowania naprawdę widać (i nie jest to to samo co pomyłki związane ze stresem w związku z występem). Jako nauczyciel angielskiego słucham wielu prezentacji i mimo, że język inny to zawsze mam wrażenie, że podobieństw jest mnóstwo – a przede wszystkim, im gorsza i gorzej przygotowana prezentacja tym mniej odporny jest prelegent na krytykę i tym więcej ma pretensji do oceny – nie ma znaczenia czy to student na lekcji czy podróżnik na festiwalu.

DSC05567
Zdjęcie dla zmęczonych czytaniem.

Wciąż chodzę na festiwale i prelekcje podróżnicze – najchętniej z przyjaciółmi, bo wtedy zawsze można wyjść i pogadać. Chodzę raczej ‘na kogoś’ – chodzę posłuchać ludzi, o których słyszałam dobre opinie i świetnie się wtedy bawię. Prezentacje na które idę, bo temat mnie interesuje często mnie rozczarowują, bo prelegenci popełniają jeden (a często wiele) z powyżej opisanych błędów.

Ostatnio takie rozczarowanie mnie ominęło: z powodu wyjazdu do Iranu nie udało mi się pójść na poznański festiwal podróżniczy „Na szagę” – bardzo żałowałam, bo go lubię, a poza tym jest blisko domu… Była tam prezentacja, która na pewno by mnie zainteresowała (tak myślałam) – kraj, który od lat mnie fascynuje, autor prezentacji miał doświadczenie w podróżowaniu – no szkoda, że nie byłam.
– Dobrze, że cię nie było. Nuda straszna – powiedziało kilku znajomych – za to ta prezentacja o Omanie na którą wcale nie planowaliśmy iść była świetna!
Na Oman iść nie planowałam, ale już sobie sprawdziłam kto to i jak i dopisuję kolejną osobę do listy ludzi, których chętnie posłucham.

Złe prezentacje wkurzają i pozostawiają poczucie straconego czasu (można było obejrzeć kolejny odcinek serialu…), świetne prezentacje inspirują do podróży (jeśli kiedyś kupię bilet do Australii, o której nigdy wcześniej nie myślałam, to na pewno będzie to wina LosWiaheros) i bawią nawet jeśli ktoś opowiada o miejscu, w którym nic nie ma (tylko np. śnieg i pingwiny – czyli opowieści Piotra Horzeli o Antarktydzie).

O kilku innych prelegentach, którzy mi się podobali wspominałam też w relacjach z Trampek i Wachlarza.
Pomiędzy złymi i fantastycznymi prezentacjami jest całkiem sporo dobrych i wartościowych. Bo na dobre prezentacje warto chodzić!

Co mówicie? Że miało być 101 powodów, a jest tylko 11? Zera tylko nie ma, zero to tyle co nic.
Gdyby ktoś chciał mi zasugerować, że powinnam sama spróbować, żeby zobaczyć, że przygotowanie prezentacji nie jest łatwe to powiem: nie ma mowy! Przygotowanie dobrej prezentacji wymaga czasu, ja czasu nie mam więc nie chcę.

Wszystkie komentarze na temat dobrych prelegentów, których mieliście okazję wysłuchać mile widziane!

  • Rozumiem Twoją niechęć do osób, które robią rzeczy na ostatnią chwilę. I też nie rozumiem, że ktoś może tym się chwalić …

  • Zosia

    Kiedy zaczynałam kilka miesięcy temu drugą klasę liceum przez pierwsze dwa miesiące nie miałam niemal żadnych dodatkowych zajęć wiec dosyć szybko odkryłam uroki prezentacji podróżniczych. Wcześniej wiele razy chodziłam na pokazy TERRA które zawsze wspominam bardzo dobrze :) Nie powiem – byłam zaskoczona kiedy zorientowałam się ile tych pogadanek o podróżach w warszawie jest. Niektóre były naprawdę fantastyczne. Z innych po prostu wychodziłam w połowie mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły ze będzie super – niestety, nie było. Nawet jeśli kraj jest na mojej liście marzeń od dawna a do tego nawet forma zwiedzania mi odpowiada. Jednak jedna prezentacja naprawdę dużo we mnie zmieniła. Kamile Kielar znałam z bloga i bardo żałowałam ze nie ma żadnych prezentacji w najbliższym czasie. Dopóki przypadkowo nie zauważyłam małego wydarzenia na fb – spotkanie miało się odbyć następnego dnia. Machnelam ręką na sprawdziany. Po prostu musiałam tam być. I byłam. I od razu atmosfera wydała mi się bardziej przyjacielska – wygodna kanapa, mało osób i do tego brak mikrofonu znacznie zmniejszyły dystans między słuchaczami a „prelegentem”. Do tego fantastyczna energia Kamili – nawet jej szybkie mówienie spowodowało niczym nieprzerwaną pełną koncentrację przez niemal 2 godziny (trzeba się było skupić żeby wyłapać wszystkie słowa :D ). Po prelekcji nie miałam żadnych oporów żeby podejść i pogadać. Do tego jedna dziewczyna zapytała jak stąd trafić do centrum – bez namysłu zaoferowalam swoją pomoc. W tlocznej kawiarni do jakich czasem trafialam rzecz nie do uwierzenia ;) Dodatkowo po wszystkim przez kilka dni miałam problemy z myśleniem o czymś innym niż o Kanadzie. I choć moją pierwsza podróż planuje po Europie, to jednak będzie to zapewne tylko rozgrzewka przed zobaczeniem na oczu tego co widziała i sfotografowala Kamila – jesieni na Jukonie!

    • Zosia – dzięki za opinię!
      Na prezentacji Kamili kiedyś byłam – dużo energii, to prawda!
      I zgadzam się, że potem człowiek ma ochotę pojechać na Jukon.
      Powodzenia w podróży po Europie :) Każda podróż jest fajna – czy to bliska czy daleka, ale pierwsze zagraniczne (zwłaszcza samodzielne) mają specjalny urok.

  • Bardzo dobry wpis, mam tylko zastrzeżenie do stwierdzenia o Trzecim Świecie. Nie jest to określeniepejoratywne i nie pochodzi od obywateli trzeciej kategorii. Powstało w czasach zimnej wojny, gdy panował podział na obóz kapitalistyczny i socjalistyczny, a Trzecim Światem nazwano kraje nie należące do żadnego z powyższych.

    • Zgadza się Paweł – znam historię „Trzeciego Świata”, ale znaczenie historyczne to jedno, teraz powiedziałabym, że jest to określenie pejoratywne – używane w odniesieniu do BIEDNYCH krajów.

      • Może i tak, ja tego określenie nie używam w ogóle – nie widzę powodów, by do jednego worka wrzucać kraje Afryki, Ameryki Południowej czy części Azji.

        • To chyba dobrze, że nie używasz – ja się nauczyłam nie używać :)

  • Amen – święta prawda. Z fajnych prezentacji byłam u Evi z Kto podróżuje ten żyje dwa razy i Czatrowskich z Tropimy, którzy opowiadali o swoim road tripie po Stanach. Bardzo lubię wystąpienia Pawła Cywińskiego.
    Ogólnie niechętnie chodzę na prezentacje, bo jestem bardziej wzrokowcem niż słuchaczem – lepiej mi się czyta niż słucha :) i wolę do osób, których lubię czytać, zajrzeć na bloga. Ale to już jest odstępstwo od tematu :)

    • O, Pawła Cywińskiego bardzo dobrze mi się słuchało – chętnie bym kiedyś wzięła udział w warsztatach ;)

      Co do blogów – mam podobnie, chociaż już kilka razy się przekonałam, że dobry blog niekoniecznie oznaczał dobrą prezentację i… co ciekawe, w drugą stronę to też działało :)

    • A, Evi strasznie szybko mówi :)
      Natomiast na pewno poleciłabym jej prezentacje komuś kto się ‚tam’ wybiera! – mnóstwo praktycznych informacji.

  • Teraz chodzę w zasadzie tylko „na kogoś”, bo już nie raz wyszłam rozczarowana z przypadkowych pokazów (jakością opowieści, zdjęć i błędami rzeczowymi). I też cenię prelekcje Cywińskiego i LosW. Podobała mi się też prezentacja Szymona Podróżnika o Skandynawii – spokojna i przyjemna.

    • Ja wkrótce wybiorę się na kolejną prelekcję ‚na kogoś’ – mam nadzieję, że wrócę zadowolona :)

  • Oj tak! Przypomniała mi się ostatnia prezentacja o Sri Lance na której byłam. Temat ciekawy, widoki piękne. Ale jak po raz piętnasty usłyszałam, o której godzinie prelegentka musiała wstać, a po raz czterdziesty ósmy o tym, że jedzenie było ostre, a ona nie lubi, więc nie jadła, po czym włączyła piąty z kolei filmik z zagłuszającym własne mysli dźwiękiem wyjącego wiatru… to tylko z grzeczności dla innych słuchaczy nie wyszłam, żeby się nie przeciskać i nie przeszkadzać ;)) Sama raz prowadziłam prezentację o swoim wolontariacie w Rosji i przynajmniej dwa razy powiedziałam do samej siebie w domu to, co planowałam powiedzieć publiczności (mierząc sobie czas) i mam nadzieję że nikogo nie zanudziłam. Bez wcześniejszego przećwiczenia mogłyby mnie ponieść różne „historie zabawne tylko dla mnie” ;))

  • Rany, naprawdę przez chwilę się bałam, że to będzie 101 powodów :) Niestety, wielu osobom się wydaje, że jak były gdzieś to automatycznie trzeba zrobić prezentacje podróżniczą. A nie każdy umie i powinien :) Sama uczę tych mniej doświadczonych, jak się powinno robić prezentacje podróżnicze, więc znam problem z autopsji. Na szczęście, można się tego nauczyć, jeśli się chce i się słucha dobrych rad. Ja np. zawsze powtarzam, że nie powinno się robić prezentacji na siedząco, bo to lekceważenie ludzi i przepona źle pracuje. Albo, że zdjęcia nie muszą być jak z gazety, ale mają dobrze ilustrować historię. No i trzeba się dostosować do publiczności, parę razy mi się zdarzyło występować przed starszymi ludźmi i naturalnym jest, że język narracji musi być inny :)

    • Z tymi zdjęciami to chyba trochę tak jak w reportażu – to nie mają być zdjęcia ‚wow’ tylko dobrze ilustrować historię.
      Ciekawa jestem jak dopasowałaś język narracji do starszej widowni.

      • Akurat wtedy prowadziłam prezentację o Tajlandii i mam takie powiedzonko, kiedy chce komuś wytłumaczyć, kto nigdy nie był w Azji jak to jest z tym poczuciem gorąca. Wtedy mówię wprost: jakbyś dostał mokrą ścierą w twarz. Jak zobaczyłam moją publikę średnio 70 lat wiedziałam, że takie teksty raczej nie przejdą więc musiałam to nieco złagodzić :) Nie pamiętam już co dokładnie powiedziałam, ale pozwoliło im to wyobrazić sobie jaki klimat tam panuje :)

  • Bardzo fajny wpis! Ja bardzo lubię prelekcje Meg Małgosi Szumskiej – ma super zdolności aktorskie + ma świetne historie + angażuje niesamowicie widownie. To jest według mnie przepis na dobrą prezentację. :-)

  • W 2012 r. do dość znanego miejsca w Warszawie, jakim jest Południk Zero, chodziłam czasem dwa razy w tygodniu. Aż poczułam przesyt. Później chodziłam tam tylko od czasu do czasu. Aż doszłam do wniosku, że nie słyszę niczego, co mnie porywa, a Asia z Wojtkiem zapraszają każdego, kto chce wystąpić w ich miejscu. Do dzisiaj pamiętam wystąpienie chłopca 20+, któremu tatuś zasponsorował wyjazd do Finlandii. Ok, fajnie, że rodzic wspiera i pozwala rozwijać pasję dziecka, ale jakim ten chłopak jest ekspertem od podróżowania? Nawet gdyby mnie zainteresował swoim wystąpieniem, to cały czas miałabym wrażenie, że cały wyjazd przyszedł mu z dużą łatwością – dostał kasę, kupił bilety i pojechał do Tartu, Tampere i popływał kajakiem po jeziorze. Tak to i ja potrafię!

    Bardzo zwracam uwagę na jakość wystąpienia. Sama prowadziłam zajęcia i aby być profesjonalna, w tym co robię, zaliczyłam sporo wykładów i warsztatów z technik prezentacji. Zgadzam się więc z Tobą, że trzeba trochę czasu poświęcić na przygotowanie naprawdę dobrej prezentacji. Jednak cóż z tego, że taka prezentacja będzie ciekawie przygotowana, jeśli prelegent nie potrafi sobą i swoim wystąpieniem zainteresować. Studenci musieli do mnie przychodzić, czy zajęcia były ciekawe czy nie, bo czekało na nich zaliczenie, nie wiem natomiast, czy byłabym na tyle dobra, aby wystąpić z czymś, co mnie tylko interesuje, czyli podróżami. Wydaje mi się, że tak, jednak slajdowisk jest teraz taka masa, że odpuszczam sobie promowanie swojej osoby w ten sposób, szczególnie że mi nie zależy na promowaniu, a poza tym nie lubię tłumów i klonów ;)

    Inna sprawa, którą także poruszyłaś, to, że większej części prelegentów wydaje się, że są znawcami danego miejsca. Do tej pory tkwi mi w głowie panienka, która po 3 tygodniach pobytu na Sri Lance występowała w radio jako ekspert. Come on, ja tam byłam chwilę krócej, ale czułabym się żałosna, jakbym pretendowała do miana eksperta po tak krótkim pobycie. Nie wiem, czy bym odmówiła zaproszeniu, bo to jednak jakaś szansa, ale na pewno bym podkreślała, że tak naprawdę niewiele wiem o tym miejscu. No bo co można wiedzieć o kraju po jednej wizycie, podczas której mogło nawet dużo się dziać, i powiedzmy po nawet 2-3 przeczytanych książkach?

    Poza tym śmieszą mnie też osoby, które po jednym wyjeździe zakładają fanpage na Facebooku. Jestem z innego pokolenia, takiego, które miało być skromne i za bardzo nie rzucać się w oczy i może stąd moja wielka niechęć do tego typu ekscentryzmu i zachwytów samym sobą.

    Podobna sytuacja jest z książkami podróżniczymi. Czy teraz „każdy” musi wydać swój dziennik z podróży? Na palcach jednej ręki jestem w stanie wyliczyć książki, które mi się niezmiernie podobały, miały ciekawy język, wciągały, interesowały i były redaktorsko dobrze przygotowane.

    Wiem. Jestem bardzo krytyczna. Ale na byle co już nie mam czasu.

    • Słyszałam o Południku Zero – i często żałowałam, że do Warszawy mam trochę daleko i nie mogę posłuchać pewnych prelekcji – zawsze sie jednak zastanawiałam w jaki sposób znajdują tyle osób chętnych do prezentacji :)
      Ludzie teraz bardzo szukają prezentacji i książek – stąd ten boom na taki typ wystąpień czy literatury (chociaż zgadzam się, że wydanie bloga w wersji drukowanej wcale nie zawsze jest literaturą) – może za jakiś czas, kiedy nastąpi przesyt, zacznie się większą uwagę zwracać na jakość.

  • Ewa

    Za zdjęcie dla zmęczonych czytaniem uwielbiam (i chyba wiem, skąd ono ;) ) A co do meritum to byłam na kilku tylko prezentacjach, lepszych lub gorszych, ale to, czego nie znoszę najbardziej to pokazywanie zdjęć i „no to tu jest pierwsze zdjęcie, na którym widzimy krowy i kozy, no a na drugim zdjęciu widzimy drogę do miasta, a na trzecim jest miasto…” nosz kurde, widzę przecież te kozy i tę drogę ale chcę historii jakiejś z nimi związanej :)

    • Wcale się nie dziwię, że wiesz skąd to zdjęcie! – to widok, który uspokaja, prawda?

  • Michał

    Jeśli chodzi o mnie, to rzeczą, która najbardziej mnie denerwuje, jest brak przygotowania. Bo tak jak potrafię zrozumieć, że ktoś nie ma talentu, ale chce się podzielić swoimi doświadczeniami, więc przygotowuje się i mówi, może nie zawsze ciekawie, ale widać, że się postarał, tak nie zniosę sytuacji, kiedy ktoś przychodzi, pokazuje parę chaotycznie ułożonych zdjęć i zaczyna zastanawiać się, co ma powiedzieć…

  • Zrobiłam kilka prezentacji i wciąż się uczę… Trudna sprawa, naprawdę. Polecam książkę: „How to Deliver a TED Talk: Secrets of the World’s Most Inspiring Presentations”.

  • Nie uczestniczyłem w zbyt wielu prezentacjach podróżniczych, ale mam wrażenie że trochę przesadzasz i uogólniasz i mam nadzieję, że nie jest z takimi prezentacjami tak źle jak piszesz. Wkońcu są ludzie, którzy na takie prezentacje przychodzą i są gotowi płacić za bilety aby je obejrzeć.

    • Ależ oczywiście! Specjalnie skupiłam się na złych prezentacjach, a nie na prezentacjach ogólnie.
      Poza tym, ja akurat widziałam naprawdę dużo prezentacji – niektóre były rewelacyjne i warte płacenia za bilety, inne (i to wcale niemało ich było) bardzo kiepskie.

  • Bardzo ciekawy wpis i powinien go przeczytać każdy, kto szykuje się do swoich slajdów z podróży.
    Zastanawiam się kiedy ta moda na robienie prezentacji z podróży minie. Jest to ciekawe zjawisko, mieszkając w Czechach i we Francji nie spotkałam się z tym na tak dużą skalę, jak u nas. Zobaczymy za 2-3 lata… :)

  • Moim hitem na jednej z prelekcji podróżnik pokazał zdjęcie Santa Muerte, komentując: „Tak Meksykanie przedstawiają Matkę Boską. Dlaczego, nie pytajcie”. Cały czas nie mogę zrozumieć jak to się stało, że mieszkając w Meksyku 2 miesiące nikogo nie zapytał czym na prawdę jest kościotrup w królewskich szatach.